środa, 5 września 2007

Rozdział 30

Słońce w jednej chwili wyszło zza chmury, a cień który spowijał świat powoli przesuwał się w stronę horyzontu, ustępując miejsca światłu. Marta wynoszona przez kolegów opuściła właśnie szkołę, krzycząc na chłopaków niezadowolona.
- Puścicie mnie wreszcie? – mówiła niezadowolona, nie bardzo zadowolona z ich wygłupów. – Chyba że mnie zaniesiecie do domu.
- Oj Martuś, co ty taka sztywna? Miałaś wielkie wyjście – powiedział jeden z kolegów.
Postawili ją na ziemi obok ławki w cieniu drzewa. Marta z obrażoną miną poprawiła sobie spodnie, poprawiła kołnierzyk białej koszuli i spojrzała na nich niemiło. Chciała odejść, ale właśnie obok pojawiła się Julita.
- Ale pamiętasz, że jutro się widzimy w pubie? – zatrzymała ją, wyjmując z torebki paczkę papierosów.
- Ale ja jutro wyjeżdżam – oznajmiła, siadając z nią na ławce. – Wakacje się dopiero zaczęły, ale ja muszę stąd uciec jak najszybciej, bo zwariuję.
Dziewczyna zaciągnęła się mocno i spojrzała na koleżankę.
- Kurwa… kto by pomyślał, że Daniel…
- Julita! – przerwała jej. – Nie kończ. Nie chcę o tym rozmawiać, bo każde wspomnienie tego faktu jest dla mnie wciąż bolesne. Jadę do Izy, pożyć trochę innym życiem, udawać, że mam to wszystko gdzieś… Że nic się tutaj złego nie wydarzyło – patrzyła, na kolegów, którzy trzymali w ręku zwinięte w ruloniki świadectwa i mierzyli do siebie, udając, że się biją.
- To pewnie nie prędko wrócisz – powiedziała Julita niczym do siebie. – No ale nie zapomnij się odezwać, jak będziesz już z powrotem w Warszawie – rzuciła spalonego papierosa na ziemię i przydeptała go butem. – Mój brat chyba już podjechał, podwieźć cię do domu?
- Byłoby super – odpowiedziała, wstając za koleżanką.
Chłopak w czerwonym seacie przeraźliwie trąbił, chcąc pośpieszyć siostrę. Ta tylko zmierzyła go morderczym spojrzeniem, ani myśląc biec do samochodu.
- Cholera, dobrze wiesz, że się spieszę na trening – wymamrotał z pretensjami, witając się z Martą, unosząc głowę do góry w jej kierunku.
- Braciszku, nie spóźnisz się – powiedziała, ujmując jego głowę w obie dłonie i całując ją mocno, co nie za bardzo ucieszyło chłopaka.
- Poczekaj aż Marta wysiądzie – mruknął, grożąc jej palcem.
Dziewczyna siedząca z tyłu przez całą drogę słuchała ich przekomarzania się. Wolała się nie przyłączać, zauważyła że chłopak zaczynał być już powoli naprawdę zdenerwowany, a ona chciała dojechać do domu, a nie zostać zostawioną daleko od domu, skazaną na samotny powrót.
Wysiadając z samochodu przed swoim domem, wciąż patrzyła na nich ze śmiechem. Chłopak pożegnał się z nią miło, po czym znów powrócił do kłótni z siostrą, która miała z niego niezły ubaw.
Przystanęła nagle, widząc podjeżdżający samochód Moniki. Marta zauważyła swoją przyjaciółkę siedzącą na miejscu pasażera i machającą do niej radośnie. Kobieta wysiadła z podejrzanym uśmieszkiem.
- Co ty tu robisz? – ucieszyła się dziewczyna.
- Zostałam zaproszona na uroczysty obiad, będący jednocześnie uroczystym pożegnaniem takiej jednej smarkuli, która wyjeżdża na wakacje – oznajmiła, przytulając ją nagle do siebie.
- A Darek nie zostaje? – spytała wyrywając jej się i patrząc, jak chłopak wykręca powoli samochodem.
- Mój mąż? – mruknęła Monika z ironią, idąc z razem z dziewczyną do środka. – Proszę cię, on nigdy na nic nie ma czasu. Muszę z nim porozmawiać, bo któregoś dnia w końcu zwariuję.
Ledwo otworzyły drzwi, a poczuły zachęcający i apetyczny zapach mięsa smażonego na grillu. Obie spojrzały na siebie niezwykle zadowolone.
Z kuchni wyszła Magda.
- Cześć laski – przywitała je miło. – Mamy wspaniałą pogodę, jakby wszyscy cieszyli się, że wreszcie odpoczniemy od Marty.
Dziewczyna wycelowała w siostrę palcem z niemiłą miną.
- A żebyś się nie zdziwiła jak już w ogóle nie wrócę – syknęła.
- Oj młoda, przecież żartuję – jęknęła i nachyliła się nad nią. – Jeśli chcesz sobie poprawić humor, to idź na ogródek, zobacz jak Robert by wyglądał jako kucharz – szepnęła.
Marta obejrzała się na Monikę, mrużąc brwi, nic nie rozumiejąc. Ale obie z ciekawości udały się tam, zostawiając po drodze rzeczy w kuchni.
Obie myślały, że pękną ze śmiechu, widząc chłopaka. Stał nad grillem, jedną rękę trzymając w kieszeni, a drugą przekręcając leniwie mięso. W kąciku ust trzymał papierosa, który jeszcze chwila, a wypadł by mu na ziemię. Jednak najbardziej gustownie wyglądała czapka na jego głowie – duża, kucharska, zabawnie przekrzywiona.
- Cześć dziewczyny, też się cieszę, że was widzę – mruknął, bojąc się, żeby jego papieros nie wypadł mu z buzi.
- To ja może skoczę po aparat, bo zapowiada się miłe popołudnie – odezwała się Magda, wychodząc z kuchni z salaterką z sałatką. – Nikt jeszcze nie ma małych dzieci i nie śpieszy się do domu – mruknęła, patrząc wymownie spode łba na Monikę.
- Już ty się o mnie nie martw, przyjdzie czas i na dzidziusia – powiedziała, siadając przy stole, wpatrując się w kolorową i pachnącą sałatkę.
W tym momencie w progu drzwi stanął Adam, spojrzał poważnie na wszystkich, zdejmując czapkę z głowy.
- Co ty tak po służbowemu? – zdziwił się Robert. – Nie mów że nie siądziesz nawet z nami?
- Nie no, oczywiście że siądę – oznajmił ponuro. – Dopiero co wróciłem ze służby, zaraz się przebiorę.
Marta spojrzała na niego zaniepokojona. Dziwnie wyglądał, był podejrzanie poważny.
- Adam… wszystko w porządku? – spytała niepewnie.
- Chciałem wam zakomunikować, że również wyjeżdżam. Do Wrocławia, będę prowadzić jedną sprawę.
- Ale… tak nagle? – spytała podejrzliwie Magda, rozkładając sztućce na stole.
- Nie, tak naprawdę, to już za długo rozważałem tą ewentualność. Pociąg mam wcześnie rano, więc może dołączę do tego przyjęcia także z moim pożegnaniem – mężczyzna mówił nadzwyczajnie spokojnie i smutno, unosząc co chwila brwi do góry, jakby chciał dodać na siłę swojej twarzy trochę pogodności.
- A więc miłego wyjazdu – syknęła Marta, wstając i mamrocząc coś w stylu „idę się przebrać”, przeszła obok niego do środka.
Wbiegła po schodach i szybko wpadła do swojego pokoju. Usiadła na łóżku i zaczęła tupać nogami, zaciskając mocno zęby.
Wynoś się w końcu z mojej głowy! – chciała wrzasnąć na cały głos.
Czemu chce z nim być, ale z drugiej strony czuła że z tego nic nie będzie? Bała się próbować, bała się rozczarowania. On jest dla niej za poważny, za dorosły. Ona wciąż czuła się przy nim gówniarą. Teraz będą od siebie tak daleko! Niewiadomo czy nie na zawsze… Może tak właśnie miało być?
Przetarła szybko łzy i zaczęła rozpinać guziki w koszuli. Zdjęła ją i rzuciła niedbale na łóżko. Podeszła do szafy i zaczęła szukać jakiejś bluzy.
Podskoczyła, przestraszona nagłym skrzypnięciem drzwi. Odwróciła się i spojrzała na Adama, powoli wchodzącego do pokoju.
- Czy możesz… Nie widzisz, że się przebieram? – jej głos drżał z zawstydzenia.
- Właśnie widzę – powiedział, stojąc już przed nią i łapiąc ją za ramiona. – Jutro rozjedziemy się, ty w jedną stronę, ja w drugą… Czy naprawdę jesteś pewna, że to będzie słuszne?
Marta cofnęła się o krok, chcąc by przestał ją trzymać za ramiona.
- Adam o co ci chodzi? – spytała niezadowolona. – To nie ma związku z tym co było między nami, bo… to już przeszłość, rozmawialiśmy już o tym.
Mężczyzna podszedł do niej, a Marta czuła, jak robi jej się ciepło. A może to było ciepło bijące od niego? Tak dawno nie był blisko, a ona tak często tego chciała, tak często wracała myślami do chwil spędzonych razem, że miała ochotę go teraz poprosić, by ją przytulił.
Tylko raz, ale mocno. Na chwilę, ale by trwała ona wiecznie.
- Czyżbyś już o mnie zapomniała? – spytał unosząc brwi.
Cholera, ty wiesz, jak ja się czuję, kiedy stoisz tak blisko, kiedy gładzisz moje ramiona i kiedy czuję twoje perfumy, wtapiające się w przestrzeń dookoła nas. Wiesz jak wiele bym ci wtedy chciała powiedzieć, robisz to specjalnie!
- Dobrze wiesz, że nam nie wychodzi, nie pasujemy do siebie – syknęła, chcąc być dla niego niezwykle niemiła, miała nadzieję, że jej się to uda. – Ty potrzebujesz kogoś dojrzalszego, ja jestem tylko gówniarą, która myślała, że się w tobie zakochała. Ale jak to bywa u takich niedojrzałych osób jak ja, za szybko nazwałam uczucia po imieniu i niestety pomyliłam się.
Miała nadzieję, że to go jakoś poruszy, że go to zaboli i Adam zrazi się do niej, powie że jest podła i podstępna… Że będzie chciał jak najszybciej wyjść z tego pokoju.
On jednak ujął delikatnie jej twarz w dłonie i patrzył głęboko w jej smutne i okrągłe oczka.
Jak bardzo chciał ją teraz pocałować, w te pełne usteczka, które jak pamiętał zawsze były słodkie i miękkie.
- Może jesteś gówniarą, ale to mnie najmniej obchodzi – szepnął, nachylając się do niej.
Przyłożył usta do jej ust, nie wiedząc do końca, czy Marta na to pozwoli. Jednak ona była jak zaczarowana, nie mogła nie ulec, to było zbyt silne. Powoli pocałowali się, a ich języki spotkały się i zaczęły się delikatnie muskać. Fala gorąca przepłynęła przez ciało dziewczyny, czuła lekkie podniecenie…
To nasze pożegnanie – powiedziała do niego w myślach.
Tak uważasz? – odpowiedział jej.
Odepchnęła go od siebie tak nagle, że chłopak patrzył na nią zaskoczony.
- Ja ciebie w ogóle nie powinnam obchodzić – wybuchła, a z jej oczu poleciały łzy. – Wyjdź stąd natychmiast, proszę cię!
- Do końca życia będę żałować chwili, w której to postanowiliśmy od siebie… „odpocząć”.
- Ta rozmowa do niczego nie doprowadzi. I właśnie się skończyła – oznajmiła stanowczo, przegrzebując szufladę w poszukiwaniu jakiejś odpowiedniej bluzki.
Znalazła swoją ulubioną bluzę i szybko wciągnęła ją przez głowę, unosząc ręce do góry. Adam przyglądał się jej zgrabnemu brzuszkowi, który wyprężyła, ukazując jego delikatny zarys. Miał ogromną ochotę położyć się obok niej, gładzić jej całe ciało, błądzić dłońmi po każdym fragmencie… Mieć ją po prostu blisko siebie, żeby aż czuć ją pod palcami, czuć jej zapach, słuchać jej mruczenia, kiedy starała się wtulić w niego jak najmocniej…
Ile by dał, by te wspomnienia znów stały się rzeczywistością!
Teraz to już musiał wyjść.
Emocje uwięzione w nim, potrzebowały ujścia, wolności.
*
Telefon Marty zawibrował na łóżku tuż obok jej głowy. Spojrzała na ekranik. Wpół do 4 w nocy. Po co ona miała tak wcześnie wstawać? Jaki dzisiaj dzień?
Usiadła na łóżku i podrapała się po głowie.
Adam?
No tak, chciała się z nim pożegnać przed wyjazdem… Wstała szybko, mając nadzieję, że jeszcze jest w domu, że nie wstała za późno. Ubrana w szary komplet składający się z topu i krótkich spodenek, wyszła z pokoju, kuląc się z zimna. Zeszła powoli po schodach, nachylając się do kuchni, jednak panowała tu cisza.
Po chwili z łazienki na górze doszły ją odgłosy lejącej się wody. Adam jeszcze się szykuje.
Usiadła na dole schodów, związując włosy wysoko w kucyka. Oparła głowę o barierkę i postanowiła tutaj zaczekać na mężczyznę. Próbowała nie zasnąć, ale to był silniejsze od niej. Czuła, że jej powieki stają się coraz cięższe, a jej ciężko było z tym walczyć…
Zaczęła sobie nucić pioseneczkę, trzęsąc się z zimna. Zapomniała założyć kapcie i teraz było jej zimno w stópki…
Adam wyszedł właśnie z łazienki z zamiarem napicia się kawy. Jednak jak stanął na szczycie schodów, zdziwił się zarysem czyjejś sylwetki spoczywającej na samym dole. Zszedł powoli na dół i usiadł obok śpiącej już Marty. Patrzył na nią chwilę z usatysfakcjonowanym uśmiechem. Przeczesał delikatnie jej włosy, chcąc odsłonić kilka kosmyków z jej twarzy, by popatrzeć na nią chwilę.
Wstał, wziął ją na ręce i zaniósł do jej pokoju, słuchając jej niemrawego mruczenia. Położył ją delikatnie na łóżku i przykrył kołdrą. Miał wyjść, ale zawahał się. Spojrzał na nią z progu pokoju i zamyślił się. Podszedł bliżej i kucnął przed nią, patrząc znów na jej słodką buźkę, oświetlaną światłem księżyca wpadającym przez okno.
- Jesteś najsłodszą i najśliczniejszą małolatą jaką do tej pory dane mi było poznać – szepnął. – Wszystko byłoby łatwiejsze… gdybyś tylko zrozumiała… na czym polega miłość – chciał ją pocałować w policzek, ale bał się, że może ją tym obudzić, więc tylko znów delikatnie przeczesał jej włosy i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.

Rozdział 29

Telefon okręcał się na stole pod wpływem wibracji. Trwał tak długo, dopóki Marta nie przybiegła po niego z pokoju. Chwyciła go i odbierając poszła z powrotem do pokoju przyjaciółki, gdzie razem siedziały i rozmawiały.
- Co się stało siostra? – odezwała się niemrawo.
- Za ile będziesz w domu młoda? Był telefon do ciebie, nie zgadniesz od kogo – Magda starała się ją zaciekawić.
Dziewczyna przysiadła na krawędzi kanapy, mrużąc oczy.
- Hm… Nie wiem… Gadaj szybko – Marta mimo zainteresowania, nie miała w głowie ani trochę entuzjazmu.
- Iza – odpowiedziała, jednak spotkała się z milczeniem po drugiej stronie. – Nasza kuzynka z Sopotu! Dostałaś zaproszenie na wakacje od swojej rówieśniczki! I myślę, że powinnaś skorzystać. Iza czeka na twój telefon z potwierdzeniem.
- Ojej… - Marta uśmiechnęła się do koleżanki siedzącej obok. – Ona mi z nieba spadła… Jasne że skorzystam! Zaraz wychodzę od Moniki i będę za pół godziny, cześć.
Dziewczyna rozłączyła się i sięgnęła po torebkę leżącą na kanapie.
- Będę się zbierać. Muszę zadzwonić do mojej kuzynki z Sopotu, Izy. Miała wyczucie, że zaprosiła mnie do siebie na wakacje. Akurat teraz, kiedy będzie mi potrzebny odpoczynek po całym tym roku – wrzuciła telefon do torby i zasunęła ją.
- Widziałam, jak się ucieszyłaś z tej wiadomości – kobieta uśmiechnęła się, widząc oznaki radości na twarzy swojej młodszej przyjaciółki, która przegrzebywała torbę w poszukiwaniu kluczy. – Po ostatnich przykrościach potrzebne ci będzie oderwanie się od tego, zapomnienie… Może kogoś poznasz…
- Nie! – żachnęła się. – Nie chcę poznawać nikogo nowego!
Monice zabłyszczały oczy.
- Czy to znaczy… Że wrócisz do Adama? – niedowierzała.
Dziewczyna przestała zajmować się torbą i spojrzała poważnie na kobietę.
- Nie rozumiem… Czemu tak to odebrałaś? – spytała smutno. – Ani słowem nie wspomniałam o Adamie… Nie chcę być na razie z nikim. Muszę odpocząć.
Wstała i zarzuciła torbę na ramię, biorąc żakiecik z oparcia fotela.
- Jak chwilę poczekasz, to się załapiesz na taksówkę – oznajmiła Monika. – Adam ma być u mnie za chwilę z pewnymi papierami… - przerwało jej pukanie do drzwi. – O widzisz?
Wstała i poszła otworzyć, licząc na to, że Marta pójdzie za nią. Ona jednak stała wciąż przy kanapie, nie wiedząc, czy zabierać się z Adamem, czy zrobić sobie mały spacerek… Nie chce siedzieć obok niego w samochodzie, nie chce z nim rozmawiać. Boi się.
Słyszała ich wesołe rozmowy, przerywane śmiechem Adama. Marta usłyszała swoje imię, jakiś szept.
- Jedziesz ze mną? – odezwał się Adam, nachylając się przez próg do środka, by zerknąć na dziewczynę. – Jest już ciemno i chyba zaczyna padać, pewnie nie marzy ci się teraz spacer?
Marta odwróciła się i spojrzała na jego zachęcający uśmiech. Podejrzewała, że nie powinna była tego robić. Dawno nie widziała uśmiechu Adama, a był tak ładny jak zawsze. Przypomniało jej się tak wiele mile spędzonych chwil, kiedy byli razem, blisko siebie…
- Młoda, przestaniesz się tak uśmiechać i podejdziesz tu? Chłopakowi się śpieszy! – odezwała się Monika, rozbawiona zamyśleniem koleżanki.
Marta ocknęła się, zdając sobie sprawę, że jak głupia stała i uśmiechała się do Adama. Zaczerwieniła się i ze spuszczoną głową podeszła do nich.
- Dobrze więc jedźmy – wymamrotała, po czym minęła chłopaka i poszła do samochodu, czując że zaraz się zapadnie pod ziemię.
Usiadła na miejscu pasażera, czekając aż chłopak skończy rozmowę z Moniką. Patrzyła jeszcze jak otwierają jakąś teczkę i rozmawiają, przekręcając papiery w niej zawarte.
A podobno mu się śpieszyło, pomyślała, opierając głowę o szybę i zamykając oczy. Była troszkę zmęczona…
Nagle coś uderzyło w szybę, a Marta z krzykiem odsunęła się od niej. Za drzwiami samochodu ujrzała starego bezdomnego człowieka, który patrzył na nią z dziwnym uśmiechem, zakrytym pod gęstymi wąsami. Przyłożył swoje brudne ręce do szyby i tak na nią patrzył.
Marta nie zdawała sobie sprawy, że zaczęła krzyczeć, odchylając się od szyby jak najdalej.
- Ej! Co pan wyprawia! – Adam wcisnął Monice papiery w ręce i ruszył w stronę samochodu. – Proszę się odsunąć!
Bezdomny spojrzał na mężczyznę, po czym zniknął nagle, biegnąć chodnikiem przed siebie. Adam wychylił się, patrząc chwilę za nim. Przypomniało mu się o Marcie, która siedziała tam sama i przestraszona. Otworzył drzwi i usiadł obok niej. Nie krzyczała już, ale oddychała głęboko, nie mogąc złapać powietrza.
- Już w porządku – uspokoił ją, kładąc rękę na jej kolanie. – To tylko bezdomny, nie chciał ci zrobić krzywdy.
- Wiem… tylko… się przestraszyłam – wyjąkała.
Odchyliła głowę na oparcie, a Adam mimowolnie spojrzał na jej odsłonięty dekolt. Chciałby teraz tylko położyć na nim głowę. Nie miał żadnych nieprzyzwoitych myśli. Chciał tylko poczuć jej ciepło. Ona była dla niego zbyt delikatna i niewinna, by mógł patrzeć na nią jak na obiekt fantazji.
Marta przyłożyła dłoń do dekoltu, chcąc uspokoić swój oddech. Adam nagle położył na jej ręce swoją. Dziewczyna uniosła głowę i spojrzała na niego.
- Ale ty jesteś strachliwa… - odezwał się ze śmiechem. – Jedziemy już, bo Magda na nas czeka.
Bez słowa odepchnęła jego rękę, spoglądając w drugą stronę, obserwując mijane domy, kiedy jechali już ciemną ulicą.
- Tak, jedź szybko, bo jestem strasznie zmęczona – powiedziała cicho, opierając głowę o szybę.
Chłopak zerknął na nią kątem oka, nie chcąc przekręcać głowy za bardzo w jej stronę, by tego nie zauważyła.
- Nie jesteś już z Danielem – bardziej stwierdził, niż spytał.
Marta ani myślała zwracać twarzy ku niemu. Może jak pomilczy chwilę, to nawet nie zauważy, że mu nie odpowiedziała? Bo domyślała się, do czego zmierza.
- Wszystko się poplątało. Nie mogłabym trwać w tym dalej… - sama nie wiedziała jak mu to wytłumaczyć. – To już nie jest to samo. I nigdy by już nie było. Daniel rozumie.
- Nie chciałabyś spróbować ze mną jeszcze raz? – zapytał w końcu. – Może tym razem nic się nie spieprzy…
Zaparkował na podjeździe przed domem i czekał na jej odpowiedź. Marta wciąż była wpatrzona w szybę po swojej stronie. Powoli przeniosła na niego oczy skryte w ciemności, w których nie był w stanie dostrzec uczucia, wyczytać odpowiedzi.
- Nie zadawaj mi już nigdy tego pytania – wypaliła i wysiadła szybko z samochodu, nie chcąc, by Adam kontynuował tą rozmowę.

Rozdział 28

Udała że nie widzi go, szybko maszerującego z końca korytarza. Gotowy był w każdej chwili zacząć biec, gdyby tylko się poruszyła, chciała wstać i odejść. Rozglądała się beztrosko dookoła, czując strach narastający w niej z każdym jego krokiem.
Nie da rady, bała się tego starcia. Wstała z zamiarem odejścia, jednak Daniel zatrzymał się właśnie przy niej i siłą odkręcił ją do siebie, chcąc by zobaczyła jego złą minę.
- Możesz mi coś wyjaśnić?! – spytał zdenerwowany, chcąc skupić jej uwagę na sobie, widząc, że dziewczyna wodziła wzrokiem dookoła, nie mając zamiaru patrzeć mu w twarz. – Czemu okłamałaś policję? Przecież nie byliśmy tego dnia razem, bo wujek mnie zaprosił…
- Proszę cię, nie okłamuj mnie już dłużej – jęknęła płaczliwie, nie panując nad drżącym głosem. – Daniel, ja wiem!
Chłopak zaśmiał się krótko, puścił ją i cofnął się o krok.
- Co wiesz, księżniczko? – spytał już przyjaznym tonem.
Jej wzrok nagle nabrał surowości i stał się niezwykle oficjalny.
Nie jestem już dla ciebie księżniczką.
- To ty zabiłeś Agatę. Razem z Michałem – powiedziała szeptem, uśmiechając się sztucznie do przechodzącej obok koleżanki.
Daniel zaśmiał się głośno i przekręcił czapkę daszkiem na bok.
- Kochanie… Skąd ci to przyszło do głowy? – mruknął rozbawiony, łapiąc ją delikatnie za ramiona.
Dziewczyna wpadła we wściekłość. W jednej chwili gwałtownie odepchnęła jego ręce, mając nadzieję, że trochę go to zaboli. Patrzyła mu w twarz złowrogo, celując w niego palcem.
- Jeszcze się nie domyśliłeś komu nagle się rozdzwonił telefon wtedy w lesie? – syknęła.
Ten jednak nie wiedział co odpowiedzieć. Poruszył tylko bezdźwięcznie ustami, patrząc na nią dziwnie. Zdjął czapkę z głowy i spuścił wzrok.
Marta obserwowała jego zachowanie. Skrucha? Sztuczne wyrzuty sumienia? Pogubienie?
- Zrobiłem to dla ciebie – wypalił nagle, patrząc na nią smutnymi oczami.
- Nie prosiłam cię nigdy o to! – powiedziała z kpiącym śmiechem. Nie zauważyła, kiedy ich rozmowa zaczęła być nieprzyjemna. Wzięła głęboki oddech. – Daniel, przyznaj się. Jeszcze nie jest za późno…
- Marta, Marta – przerwał jej dziwnie przebiegłym tonem, znów zakładając czapkę i chowając twarz w cieniu daszka. – Nie będę siedział, ja tego nie planowałem. Poniosło mnie.
- Co się z tobą dzieje?! – wrzasnęła, nie przejmując się tym, że każdy się na nią obejrzał. – Jak możesz powiedzieć, że cię poniosło – syknęła, zniżając ton głosu do szeptu. – Zrobiłeś to… i nic tego nie zmieni. Zawiodłam się na tobie… na naszym uczuciu… Nie potrafię z tym żyć, rozumiesz? – spojrzała na niego, niezadowolona, że tylko słucha, nie przerywa jej. – Nie zostawię tak tego, już za dużo tych kłamstw.
Spojrzała na niego szybko i ominęła go powoli, mając nadzieję, że jeszcze się do niej odezwie, powie coś przyjemnego, pocieszy ją i postarają się razem zająć tą sprawą, by nikt za bardzo nie ucierpiał…
Szła coraz wolniej…
- A co, doniesiesz na mnie? – powiedział za nią kpiąco.
Zatrzymała się, otwierając szeroko oczy. Odwróciła szybko głowę, jej włosy zatańczyły w powietrzu. Patrzyła na jego cwany uśmieszek, który wymalował sobie na twarzy.
To nie jest już Daniel. Teraz to był morderca Agaty. Tak musiała na niego patrzeć, bo on nawet nie dawał jej wyboru!
Bezwzględnie i bezczelnie się uśmiechał, będąc pewnym, że nic mu nie grozi, Marta przecież za bardzo go kocha, nie skrzywdzi go, nie pozwoli by inni go skrzywdzili.
Podeszła do niego, nie chcąc, by ktoś przez przypadek stał się świadkiem ich rozmowy.
- Owszem, żebyś się nie zdziwił. Ale nie doniosę na mojego kochanego chłopaka, Daniela, bo jego już nie ma – chciała mówić do niego poważnie i ostro, podkreślając tym swoją wiarygodność. Jednak zamiast tego znowu się rozkleiła. Znowu! – Za to z przyjemnością doniosę na mordercę…
Z twarzy Daniela zniknął przebiegły uśmiech i po raz drugi podczas tej rozmowy go zatkało. Nie wiedział co jej odpowiedzieć, patrzył na nią okrągłymi oczami.
Jesteś moim chłopakiem, pomyślała patrząc na tą jego żałosną minę.
Jesteśmy… razem?
Jesteśmy?
My?
*
Wysiadła szybko z autobusu, mając wciąż nadzieję, że Daniel będzie jednak na nią czekać, zanim odważy się wejść do środka. Ten jakże krótki sms od niego o treści „Tym razem naprawdę robię to dla ciebie, wchodzę właśnie na posterunek”, momentalnie zerwał ją z krzesła, kiedy razem z koleżankami piła kawę w pubie.
Chce się przyznać, wreszcie się na to zdecydował! Niezmiernie ją to cieszyło, zagryzała jednak zęby, kiedy przez jej głowę przemknęła myśl, że w tej sprawie nie powinno być nic, co by ją mogło ucieszyć. Ponieważ nie spodziewałaby się nigdy w życiu, że morderstwo stanie się dla niej tak zwykłą sprawą.
Że morderca będzie w jej otoczeniu. I że kiedyś powie, że zrobił to dla niej…
Wyjęła telefon z kieszeni i przez dłuższą chwilę patrzyła na niego. Żadnego sygnału od Daniela. Minęło pół godziny od jego smsa, czyżby tak długo z nim rozmawiali? A może już go zatrzymali… i nie wypuszczą? Może powinna wejść do środka i się zapytać…
Daniel, dlaczego zabicie jej było dla ciebie takie łatwe? Dlaczego cię poniosło? Twierdzisz, że zrobiłeś to, bo mnie kochasz… A jednak ostatnia nasza rozmowa była raczej wroga i nieprzyjemna. Nie mówiłeś do mnie jak chłopak, który jest gotowy dla mnie zabić, tylko jak morderca, który zdolny jest pokochać. Jaka to wielka różnica i jak szybko zaszła u ciebie ta zmiana…
Od razu zauważyła, że wielkie brązowe drzwi powoli się uchylają, choć stała dosyć daleko od nich. Daniel wyszedł z niewyraźną miną, choć trochę wypogodniał, kiedy zobaczył Martę. Podszedł do niej szybko, jednak po chwili przystanął. Dziewczyna zbliżyła się do niego i chwilę patrzyli sobie w oczy.
- Mogę cię przytulić? – spytał nieśmiało.
Kiwnęła głową, a chłopak przylgnął do niej mocno.
- Zrobiłem to. Powiedziałem wszystko. Wszystko – podkreślił. – Chcieli mnie zatrzymać, ale dali mi jeden dzień… Mam się stawić jutro.
Dziewczyna odepchnęła go lekko od siebie i spojrzała na łzy na jego policzkach. Prawdziwe łzy skruchy, żalu i poczucia winy. Tak to chciała widzieć, tak właśnie teraz było.
- Daniel…
- Spanikowałem, Martuś – przerwał jej szybko. Oparł się o barierkę, obok której stali. – Bałem się od momentu, kiedy zdałem sobie sprawę, że… nie nastraszyłem jej, tylko ją… zabiłem. Ale już się nie boję. Zasłużyłem sobie na to, bo nie tylko… - wystawił przed siebie rozwarte dłonie i przyglądał się im okrągłymi oczami. – Nie tylko tymi rękami zabiłem człowieka, ale też nasz związek – spojrzał na nią oczami lekko czerwonymi od płaczu.
Dziewczyna patrzyła na niego i nie mogła powiedzieć ani słowa. Bo co może mu powiedzieć? Nie będą już razem. Już nie są. Jednak nie wie jak się to skończy. Czy ma mu podać rękę i pożegnać się? Nie umiała. Daniel wciąż za dużo dla niej znaczył…
- Daniel co mam ci teraz powiedzieć? – jęknęła bezradnie.
Chłopak wyciągnął rękę i przyłożył palec do jej serca.
- Że tutaj zawsze będzie dla mnie chociaż malutkie miejsce – szepnął ledwo słyszalnie.
Marta otworzyła szeroko oczy, po czym schowała twarz w dłoniach i zaczęła płakać głośno jak mała dziewczynka. Daniel nie wiedział czy ma do tego jeszcze prawo, ale otoczył ją ramionami i przytulił do siebie.
Dziewczyna poczuła, że te ramiona nie dają jej już poczucia bezpieczeństwa.

Rozdział 27

Robert zapukał do pokoju. Nie usłyszał zaproszenia, mimo to wszedł do środka. Podszedł do stolika i postawił na nim herbatę. Usiadł obok siostry i patrzył, jak łzy powoli spływają po jej policzkach na poduszkę.
- Słyszałem… co się stało – odezwał się cicho. – Nie śmiem oceniać Daniela, ale… Tak się spraw nie załatwia, wiesz o tym. Jak mu powiesz, że to byłaś ty?
- Wcale mu nie powiem – jęknęła płaczliwie. – Zawiodłam się na nim. Muszę pomyśleć co z tym zrobić. Mam do ciebie prośbę, nie mów nic Adamowi – spojrzała na niego błagalnie z dołu. – Nie będzie miał skrupułów i wpakuje go do więzienia. A ja jeszcze muszę się z tym oswoić.
- Dobra, nie ma sprawy – pogłaskał ją po ramieniu. – Tylko nie zwlekaj za długo. Sama dobrze wiesz, że to nie jest prosta sprawa.
Marta schowała twarz w poduszce. Robert zrozumiał, że chciałaby pobyć sama przez chwilę, więc wyszedł z pokoju, pozwalając jej opanować trochę zdenerwowanie, uspokoić się.
Jednak dziewczyna pozostając sama ze sobą, nie umiała siebie odnaleźć. Potrzebowała wsparcia, jakiegoś męskiego ramienia…
Daniel?
Daniel jest mordercą.
Adam?
Adam jest przeszłością…
Musiała liczyć tylko na siebie, zamknięta w tych czterech ścianach, na wilgotnej od łez poduszce… Może jak się obudzi, będzie znać odpowiedzi na kilka frapujących ją pytań. Głównie, dlaczego on to zrobił?
- Nigdy więcej nie tkniesz Marty! Nawet na nią nie spojrzysz, już ja się o to postaram – przypomniały jej się słowa Daniela, wypowiedziane w lesie.
Usiadła na łóżku i rozejrzała się przestraszona po pokoju. Czy Daniel zrobił to tylko dlatego, że Agata pobiła Martę wtedy na tej imprezie? Czy ona ma się teraz czuć współwinna?? Zaufała Danielowi, wierzyła w jego serdeczność i szczerość… więc dlaczego? Dlaczego to zrobił? Jeśli nie zobaczyłaby tego na własne oczy, na pewno by nie uwierzyła. Powoli zaczęła żałować, że pojechała za nimi.
*
Daniel stanął przed nią tak nagle, że o mało co nie upuściła książki z ręki.
- Cześć księżniczko – odezwał się zadowolony.
Marta uśmiechnęła się, próbując uciec wzrokiem od jego oczu. Nie była w stanie spojrzeć na niego, czuła lekki strach.
- Hej… Co u ciebie? – wyjąkała.
- Widzę, że już wiesz – Daniel posmutniał.
Marta spojrzała na niego, zapominając, że miała tego nie robić. Jego oczy były takie ciemne, takie straszne…
Chyba zaczynam wariować, pomyślała zrezygnowana.
- Wiem… o czym? – zdziwiła się.
- O Agacie. Przecież to po tobie widać. Przykra sprawa, no nie? – Daniel przeczesał sobie włosy i odetchnął lekko. – Bóg pokarał ją za krzywdę którą ci wyrządziła.
Marta spojrzała na niego ze złością szeroko otwartymi oczami.
Bóg? A przypadkiem nie ty?!
- Bóg nie dusi ludzi – syknęła.
Ominęła Daniela i ruszyła dalej korytarzem, mając nadzieję, że chłopak nie pobiegnie za nią. Wolała się nie odwracać, nie patrzeć na niego… Uczucie do Daniela prysło w jednej chwili jak bańka mydlana. Jednak Marta nie czuła się z tego powodu dumna. Była tym faktem rozczarowana, że w taki sposób zakończyło się jej uczucie do Daniela, który przecież okazał jej tyle ciepła, tylko miłości.
- Cześć. Ale dziś wszyscy mają humory – odezwała się Julita, dołączając do niej.
Marta spojrzała na nią zaskoczona. Dziewczyna też na nią spojrzała.
- Bo widząc po twojej minie, to pewnie już słyszałaś? – Julita mówiła niewyraźnie, trzymając w buzi wsuwkę do włosów, pracując nad zawiązaniem sobie kucyka.
Marta zdawała się nie rozumieć co mówi jej koleżanka. Słyszała jej słowa, jednak nie umiała ich poskładać w żadną sensowną całość.
- Tak, to straszne – odpowiedziała krótko.
- Wszystko w porządku? Bardzo się tym zmartwiłaś – zaniepokoiła się Julita.
Marta przystanęła i spojrzała na nią dosyć złowrogo. Dziewczyna lekko się przestraszyła.
- Tak. Wszystko w porządku. Ale czemu każdy się mnie ciągle o coś pyta? – spytała z pretensją. – Ja nic nie wiem, do cholery! – krzyknęła. Zdała sobie sprawę, że ta histeria była jej zupełnie niepotrzebna. – Widzimy się na matmie, muszę coś załatwić.
Odeszła od koleżanki, która stała bez ruchu, co chwila tylko mrugając oczami z niedowierzania. Musi coś ze sobą zrobić, bo ludzie gotowi pomyśleć, że to ona zabiła Agatę. Miała się opanować, a tymczasem zachowywała się jak rozhisteryzowana wariatka.
*
Magda otwierając drzwi spodziewała się zobaczyć wiele osób, jednak dwóch nieznanych jej policjantów na służbie nieco ją zaskoczyło.
- Taak? – spytała, nie wiedząc czemu panowie wciąż stoją bez słowa.
- Mieszka tutaj pani Marta Bing? Mamy do niej sprawę – oznajmił jeden mężczyzna, zdejmując nakrycie głowy.
Kobieta zmierzyła ich wzrokiem, po czym odsunęła się na bok, pozwalając im wejść do środka. Bez słowa poprowadziła ich do salonu. Z góry zbiegła nagle Marta.
- Idę odwiedzić Monikę. Przekazać jej coś… od ciebie… - spojrzała niepewnie na dwóch policjantów, wyczuwając powód ich obecności. – Niech zgadnę… panowie w sprawie śmierci Agaty?
- W sprawie morderstwa Agaty – poprawił jeden z mężczyzn. Uśmiechnął się do Marty, siadającej na fotelu naprzeciwko nich.
Jednak w tym uśmiechu wyczuła coś fałszywego. Miała wrażenie, że oni z góry już podchodzą do niej jak do potencjalnej sprawczyni tego czynu i to jej się nie spodobało, choć wolała tego nie pokazywać. Zakryła swoje podejrzenia miną niewinnej nastolatki, która przejęła się śmiercią koleżanki. Choć tak naprawdę przez cały czas miała wrażenie, że jeden z policjantów zaraz wyjmie kajdanki i zatrzymają ją za ukrywanie mordercy…
Pokręciła ledwo zauważalnie głową, chcąc wygonić te myśli z głowy.
- Wszystko w porządku? – spytał grubszy mężczyzna, z postury przypominający trochę Filipa, jednak z pewnością nie tak samo sympatyczny. Marta kiwnęła uspokajająco głową. – Zbieramy fakty, byliśmy już u kilku twoich znajomych. Każdemu zadajemy podstawowe pytanie. Czy podejrzewasz kto mógłby zabić Agatę?
Tego pytania się właśnie najbardziej obawiała. Jeśli skłamie, narobi sobie kłopotów… Nie była jednak gotowa na powiedzenie prawdy. Otworzyła buzię, nie wiedząc nawet co ma zamiar powiedzieć.
- Agata nie żyje?! – krzyknął ktoś z progu.
Wszyscy naraz odwrócili się. Adam stał mrużąc brwi, jakby podejrzewał, że nie bez powodu dowiaduje się tak późno.
- Znał pan ją? – drugi z policjantów, wysoki i szczupły założył nogę na nogę.
- Osobiście nie. Marta się z nią nie lubiła, co tu dużo mówić – mruknął, podchodząc bliżej.
- Czyli powiedzmy, że mogłaś mieć argument, żeby ją zabić – odezwał się znowu ten wyższy, machając w powietrzu nogą.
- Chwila, ja tego nie powiedziałem! Proszę sobie nie dopowiadać takich stwierdzeń! – żachnął się Adam.
- Adam poradzę sobie, możesz stąd pójść? Tylko pogarszasz moją sytuację – syknęła Marta. On o niczym nie wiedział. Może to i lepiej.
- Nie ma mowy. Oni cię zaraz zmuszą do przyznania się do winy! – krzyknął głośno. – Również jestem policjantem i nie pozwolę na takie przeinaczanie moich wypowiedzi, a tym bardziej na stawianie Marcie bezpodstawnych zarzutów.
Obaj jednak niezbyt przejęli się jego słowami. Obaj zapatrzyli się w papiery, które ze sobą mieli. Przez dłuższą chwilę milczeli, trzymając całą trójkę w niepewności. Jeden z mężczyzn zatrzymał się dłużej na jednej z kartek, widać było, że kilkakrotnie przeczytał pewien fragment. Położył kartki na stole, dzięki czemu Marta zauważyła dany fragment zakreślony czerwonym długopisem, kilka słów było podkreślonych.
Dziewczyna spojrzała na grubego policjanta, który patrzył na nią, jakby dziwił się „co, jeszcze nie wiesz o co mi chodzi?”.
- Ostatnia impreza u waszej koleżanki… - spojrzał w papiery i palcem wyszukał imienia. – Julity. Nie muszę tobie chyba przypominać, co tam się działo. Słyszałem kilka opinii o tym wydarzeniu. A stało się to dosyć niedawno. Zdajesz sobie sprawę, że to umieszcza cię na liście podejrzanych?
- Miałam do czynienia z podobnymi sprawami. Rozumiem wasze oskarżenia – powiedziała spuszczając głowę. Splotła ze sobą dłonie i na zmianę prostowała i zginała palce. – Ale to naprawdę nie ja ją zabiłam – nie mogła zapanować nad łzą, która poleciała jej z oka. Szybko ją wytarła.
- Gdzie byłaś tego wieczora, kiedy to się stało? – szczupły policjant wyjął z kieszonki długopis i był gotowy do notowania.
- Była tutaj razem ze swoim chłopakiem, uczyli się do egzaminu – odpowiedział szybko Adam.
Marta odwróciła się i spojrzała na niego okrągłymi oczami.
Coś ty najlepszego zrobił, pomyślała, mając ochotę na niego wrzasnąć.
Adam uśmiechnął się do niej uspokajająco, nie zdając sobie sprawy, że ustalenie z Danielem wspólnej wersji to nie jest tylko kwestia wykonania do niego telefonu. Poza tym Adam był przekonany o niewinności Marty (pewnie nawet nie dopuścił do siebie myśli, że mógłby to być Daniel!), inaczej nie dopuściłby się takiego kłamstwa. Sam będąc policjantem.
- A twoim chłopakiem jest… Daniel Michalski – odczytał otyły mężczyzna z kartki.
- Tak – to była jedyna rzecz, której była w danej chwili pewna.
- Właśnie się do niego wybieramy – rzekł policjant, podnosząc się z kanapy. – Jakbyś się czegoś dowiedziała, dzwoń – to mówiąc położył na stoliku podłużną karteczkę.
Drugi mężczyzna również wstał i obaj ruszyli w stronę drzwi, odprowadzeni przez Magdę. Adam spojrzał poważnym wzrokiem na Martę.
- Czy jest coś… co chciałabyś mi powiedzieć? – spytał cicho.
- Tak – przeniosła na niego wzrok, w jej oczach wyraźnie kłębiły się łzy. – Dobranoc.
Minęła go szybko, nie dając mu możliwości kontynuowania rozmowy i pobiegła na górę.

Rozdział 26

Marta założyła kurtkę, starając się, żeby nie wydawać przy tym zbyt wiele hałasu. Może jej siostra nawet nie zauważy, że jej nie ma. A ona musi się dowiedzieć co tam się wydarzy, jakie oni mają zamiary.
Sięgnęła po klamkę, kiedy do przedpokoju wkroczył Adam.
- Gdzieś się wybierasz? – odezwał się.
Marta przyłożyła palec do ust, patrząc na niego błagalnie.
- Muszę się spotkać z Danielem, ma problemy w domu – mówiła szeptem. – Proszę cię, to bardzo ważne, a Magda może mi zabronić wychodzić tak późno.
Adam patrzył na nią długo pustym wzrokiem. Ma wyświadczać jej przysługę? Ma działać na korzyść Daniela?
Ale to była Marta. I jej zazwyczaj nie potrafił odmówić. Zwłaszcza, kiedy tak na niego patrzyła.
- Leć, póki Magda ucięła sobie drzemkę. Coś wymyślę – uśmiechnął się do niej ciepło.
Wciąż jest taki kochany jak kiedyś, pomyślała, odwzajemniając uśmiech.
Wychodząc z domu jednak, spoważniała na nowo. Wcale nie idzie spotkać się z Danielem, będzie go śledzić. Nie chciała tego mówić Adamowi, bo zaraz by się zmartwił i zabronił jej tej interwencji.
Wyciągnęła z garażu rower, postawiła kołnierz kurtki, założyła czapkę i ruszyła szybko w stronę szkoły. Ciemność była jej sprzymierzeńcem tego wieczora. Schowa się gdzieś za rogiem budynku i będzie obserwować całą sytuację. Czy chcą komuś zrobić krzywdę na terenie szkoły? To by była głupota…
Marta zdała sobie sprawę, że Daniel nie dzwonił do niej cały dzień. Ona tym bardziej nie szukała z nim kontaktu. Myśl o tym, że nie ona ma być ofiarą spisku, nie satysfakcjonowała jej do końca. Ponieważ Daniel i tak chciał zrobić coś złego i to nie ma znaczenia komu.
Chciała wjechać na teren szkoły, ale jeden jedyny samochód stojący na parkingu wzbudził jej podejrzenia. Zatrzymała się na chodniku i schowała za dużym busem zaparkowanym na krawężniku.
Stała daleko, jednak nie na tyle, by nie dostrzec trzech wyraźnych sylwetek, stojących w świetle latarni. Dwóch chłopaków próbowało kogoś wepchnąć do samochodu. Z pewnością byli to ci, których Marta miała zamiar śledzić. Zapewne niecodziennie dzieją się tu takie rzeczy.
Daniel z drugim chłopakiem wsiedli do samochodu i ruszyli. Marta po chwili również wsiadła na rower, chcąc być w bezpiecznej odległości, ale też by nie zgubić ich na którymś zakręcie.
Ja chyba śnię, pomyślała. Ledwo pożegnała się na dobre z pracą na posterunku, a jej życie wciąż przypomina niekiedy kiepski kryminał. Czemu ona? Czemu to wszystko przytrafia się jej? Głupie przeznaczenie? Czemu Daniel był słodki, uroczy, kochany, a teraz Marta panicznie się go bała, bo wieczorem wpycha kogoś do samochodu i wywozi gdzieś…
Samochód wyjechał z osiedla i powoli wjechał w leśną dróżkę. Marta poczuła, że jej strach się wzmaga.
Nastraszyć, tak? Bez problemu można to zrobić w wielu miejscach, a wywożenie kogoś do lasu, było zbędne w takiej sytuacji.
Zahamowała gwałtownie, widząc, że samochód przystaje daleko przed nią, Szybko zepchnęła rower do rowu, sama po chwili się w nim chowając. Chłopcy najwyraźniej jej nie zauważyli. Wyciągnęli tajemniczą „ją” z samochodu i poprowadzili do lasu. Marta nie mogła tak siedzieć i czekać. Powoli ruszyła przez las w ich kierunku.
- Powiecie coś w końcu? – usłyszała rozhisteryzowany kobiecy głos. – Odezwijcie się do mnie, kurwa mać! Wy jesteście nienormalni!!
- Agata, przymknij się! – wrzasnął Daniel. – Nigdy więcej nie tkniesz Marty! Nawet na nią nie spojrzysz, już ja się o to postaram!
Marta otworzyła szeroko oczy z przerażenia. Wolała już bliżej nie podchodzić. Głosy słyszała zbyt wyraźnie, nie miała ochoty oglądać tego przedstawienia.
- Aaa… Więc tu cię boli? – syknęła dziewczyna. – Biedna Martunia sama nie może o siebie zadbać? I wysyła ciebie? Nie widzisz, że ona się zachowuje jak mała dziwka? Robi takie słodkie oczka, wykorzystuje twoją popularność w klasie, by się wybić – mówiła zawistnym głosem.
- Zamknij się, ostrzegam cię – warknął Daniel, ruszając w jej kierunku.
- No dalej, uderz mnie. Ale to nie zmieni faktu, że Marta puszcza się gdzie popadnie. Myślisz, że czemu ten policjant Adam tak się do niej kleił?
Tego chłopak już nie wytrzymał. Rzucił się na nią, szamocząc nią mocno. Marta słyszała tylko jej przeraźliwie krzyki, po chwili zmieniły się one w dziwne jęki, jakby nie była w stanie wydusić nawet krzyku.
Marta zaczęła się cofać, z przerażeniem zdając sobie sprawę, że Daniel dusi Agatę. Miała ochotę krzyknąć, by przestał, ale w tej chwili panicznie się go bała.
- Stary, uspokój się – powiedział drugi chłopak, chcąc go odciągnąć.
Daniel po chwili sam puścił dziewczynę, która opadła na ziemię bezwładnie.
- Michał, co jej jest? – głos Daniela był drżący i przestraszony.
- Kurwa, zabiłeś ją! – krzyknął chłopak. – Mieliśmy ją tylko nastraszyć, co ty zrobiłeś?!
Chyba obaj byli zaskoczeni tym co się stało. Martę to jednak wcale nie uspokajało. Daniel stracił kontrolę i z zimną krwią udusił Agatę.
Dziewczyna powoli zaczęła się wycofywać, chcąc znaleźć się jak najdalej stąd. I jak najszybciej.
Jej komórka jednak nagle rozdzwoniła się, roznosząc melodię po całym lesie. Marta spojrzała na ekran, to była Magda.
Ale sobie wybrałaś moment siostrzyczko, pomyślała przestraszona.
- Hej! Kimkolwiek jesteś, jak cię dorwę, to się z tobą policzymy! – krzyknął Daniel i obaj zaczęli biec w jej stronę.
Marta miała jednak większą przewagę i z łatwością dobiegła do rowu, wyciągnęła z niego rower i spokojnie uciekła, widząc daleko w tyle chłopaków, którzy po chwili stanęli i zawrócili do samochodu. Dziewczyna jednak zdążyła pokręcić uliczkami osiedla, by spokojnie ich zgubić. Pewnie dopiero wyjeżdżają z lasu.
Jej komórka wciąż dzwoniła, wprawiając ją tylko w zdenerwowanie. Wciąż bała się, że biały mercedes wyjedzie za nią i rozpozna tą melodię. Jednak wjechała już w swoją ulicę i pedałując z całej siły, pędziła szybko, chcąc już być bezpieczna w domu. Tylko jak ona jutro spojrzy Danielowi w twarz?!
Wjechała na podwórko, wpakowała rower do garażu i wbiegła do domu siadając na półce w korytarzu. Oddychała szybko, próbując wygonić z siebie strach. Była już w końcu bezpieczna.
Zza rogu wychyliła się Magda, patrząc na nią surowo.
- Masz szlaban na wychodzenia przez dwa tygodnie – syknęła. – Na szczęście Adam nie umie kłamać…
Marta wstała i przytuliła się do niej. Rozpłakała się przeraźliwie głośno, łkając zdenerwowana.
- Co on ci zrobił? Coś ci powiedział? – spytała zmartwiona, głaszcząc ją po głowie.
- Magda, ja nie byłam umówiona z Danielem – szepnęła, nie chcąc, by ktoś jeszcze ją usłyszał. – Śledziłam go aż do lasu… On tam udusił Agatę! – pisnęła cicho.