Marta wyszła z domu, zatrzymując się na chwilę za drzwiami. Zamknęła oczy, za nic w świecie nie chcąc pozwolić swoim łzom wypłynąć na wierzch.
Nie tak miało być. Iza od wczoraj się do niej nie odzywa. Ma do niej żal za zachowanie przed kinem.
Ale co w tym było złego? Przypadkiem było spotkanie z Damianem. Przypadkiem było również to, że zauważył potrzebującą dziewczynę, otoczoną przez natrętnych chłopców! Ani się z nim nie spotyka po kryjomu, nie robi niczego złego…
Po powrocie do domu Iza powiedziała jej szczerze, jak to jednak wyglądało z ich strony. Chłopakom było to wszystko jedno, wszyscy zgodnie nigdy nie przepadali za Elizą. Dziewczyny jednak trochę niemiło zaczęły się o niej wypowiadać. Także zmieniły swoje podejście co do Damiana, nie spodziewały by się po nim tak bezczelnego i zbytniego spoufalenia się z gościem. Ponieważ… tak szczerze mówiąc, on najwięcej rozmawiał z Martą, wygłupiając się z nią, nawet nie zauważając ostrzegawczych spojrzeń przyjaciół, którzy chcieli mu powiedzieć, żeby się uspokoił, nie robił głupstw.
Dlatego zacznie unikać chłopaka, musi być dla niego niemiła. Czy ona umie być dla kogoś niemiła? Nieraz była, odwzajemniając się za krzywdę jej wyrządzoną. A poza tym?
Adam…
Jemu usilnie starała się pokazać pazurki, jednocześnie chcąc go złapać nimi i przyciągnąć do siebie… Bywała ostra i podła… Jednak skończyło się to namiętnym pocałunkiem, przed którym wcale się nie broniła, pokazując mu tym samym, że wszystkie te jej niemiłe zagrania były znakomitym aktorstwem.
Czyli wychodzi na to, że umie być niemiła, jednocześnie kryjąc w sobie wszystkie uczucia. A one będą czekać na tą chwilę, by móc pokazać swoje oblicze…
Odetchnęła kilka razy głęboko i czując, że powoli uspokaja swoje zdenerwowanie, ruszyła w kierunku… Parku? Sklepu? Wszędzie, byle tylko gdzieś…
Zasunęła bluzę, chcąc uchronić się przed zimnym wiatrem, wiejącym dziś uparcie. Pogoda idealnie wpasowała się w jej nastrój, w jej samopoczucie.
Co ciągnęło ją do Damiana? Ciekawość… Z każdym dniem pokazywał jej coraz bardziej, że jest interesującą osobą, a ona codziennie czekała na następny na to dowód i nigdy jeszcze się nie rozczarowała. Był inny, niż… Daniel, Andrzej, Artur… Wyróżniał się ambitnością, temperamentem, i pozytywną pewnością siebie. A kiedy się uśmiechał, uwodzicielsko mrużył oczy. To było niesamowicie zachęcające.
Dlatego kiedy jej telefon zawibrował w kieszeni dżinsów, pierwsza myśl, jaka pojawiła się w jej głowie, że to Damian dzwoni.
Magda??
- Słucham cię – mruknęła, siadając na ławce w parku. Tak, tutaj będzie bezpieczna przez jakiś czas.
- Dziękuje ci siostra, że tak często do mnie piszesz – oznajmiła z ironią dziewczyna.
Marta przewróciła oczami. Odprowadziła wzrokiem rowerzystę, który śmignął szybko obok niej.
- Jestem ciągle zajęta – skłamała. – Cały czas gdzieś chodzę z Izą.
- Właśnie zauważyłam. Rozrywkowe życie ci się spodobało, prawda? – spytała niezadowolona.
- O co ci chodzi? – syknęła. – Odpoczywam, zapominam o tej pieprzonej Warszawie! – żachnęła się. Poczuła łzy napływające jej do oczu.
Nie pozwolę wam wypłynąć. Za wiele razy zalałyście mi policzki, wysychałyście mi na brodzie. Za często wyzwalałyście w moim sercu ból, ściskając je mocno.
Przypomniała jej się lista powodów, dla których z chęcią wyjechała z Warszawy. Ta lista przeleciała jej przez myśli, odznaczając się pulsowaniem w jej skroniach.
- Odwiedziłam Daniela – Magda starała się udać, że nic się nie stało. Zdała sobie sprawę, jak łatwo jej siostra wraca do tych wszystkich przykrości. Za wiele ich było. – Dobrze się trzyma, kazał ci przekazać, że wszystko w porządku…
W słuchawce dało się słyszeć szum i czyjeś pretensje.
- A Magda leży w szpitalu – dodał Robert poważnym tonem.
- Co się stało?! – przestraszyła się, robiąc okrągłe oczy.
- Potrącił ją… helikopter… – po drugiej stronie dało się słyszeć śmiech chłopaka.
- Bardzo śmieszne! – krzyknęła. – Idiota…
- Oj Marta, co ty taka nerwowa? Myślałem, że się tam relaksujesz, a z twojego tonu słyszę, że znowu jakieś zmartwienia sobie dokładasz. I po co ci to? A my tu mamy wesoło, bo Adam zwalił nam na głowę swoją siostrę, pocieszna istotka, powiem ci szczerze…
Marta podciągnęła nogi i usiadła po turecku na ławce.
- Zaraz, zaraz… Co ty wygadujesz? Adam nie ma siostry.
- I tu cię zaskoczę! Po prostu nigdy o niej nie mówił. Adam przyjedzie niedługo, póki co nie było sensu, żeby jechała do niego, on ma tam tyle pracy… - Robert przerwał, zdziwiony milczeniem siostry. – Coś nie tak?
- Muszę kończyć, wchodzę do sklepu – skłamała. – A zresztą mój telefon lada chwila się rozładuje, trzymajcie się, odezwę się wkrótce – to mówiąc rozłączyła się. Przytrzymała przycisk dłużej, by wyłączyć całkowicie telefon.
*
Adrian stał, podpierając rękami boki i bacznie wpatrywał się w niebo, zaniepokojony kilkoma obłoczkami, powoli po nim płynącymi. Wiatr poruszał jego koszulą, do połowy rozpiętą i czochrał jego dłuższe włosy. Skrzywił się lekko.
- Nie może padać, prawda? – spytał z nadzieją, spoglądając na Kingę.
Dziewczyna poklepała go po pupie i ruszyła w kierunku stołu.
- Nie martw się, nie zapowiadali na dziś deszczu. Możesz być spokojny – to mówiąc położyła na stole reklamówkę z kromkami chleba i pętami kiełbasy.
Chłopak podrapał się po głowie, wciąż zerkając na chmury, czy ich wielkość i biel powinny być uspokajające, czy wręcz przeciwnie.
- Może byś nam pomógł, kretynie jeden? – Konrad zmierzał w ich stronę, obładowany połamanymi gałęziami. – Później usadzisz dupe i będziesz wpieprzać kiełbachy?
- Spokojnie, wszystko pod kontrolą – uniósł do góry rozwartą dłoń, w geście uspokojenia kolegi. – Ktoś tu musi dowodzić, prawda? Staram się przewidzieć pogodę…
- Od kiedy ty jesteś szamanem? – spytał Krzysiek, wybuchając śmiechem, rozbawiony własnym dowcipem.
Adrian popatrzył na niego wrogo, mrużąc oczy.
- Przypominam, że to JA przywiozłem najwięcej prowiantu, więc należą mi się chyba jakieś względy? - uniósł głowę do góry, udając urażonego.
Jednak po chwili zauważył Elizę schodzącą ze wzgórza. Była wyraźnie zła, otaczała się ramionami, wpatrzona w drogę przed sobą. Była sama, bez Damiana. To nie wróżyło nic dobrego… Wyjęła z kieszeni bluzy paczkę papierosów i zapaliła jednego, porządnie się zaciągając. Zwolniła, pozwalając swoim włosom częściowo zakryć swoją twarz. Minęła kolegów, przygotowujących ognisko.
- Hej, a gdzie zgubiłaś swojego…
- Odwal się, ostrzegam cię – przerwała szybko Krzyśkowi, nie obdarzając go ani jednym spojrzeniem.
Siadła na piasku i wyjęła z drugiej kieszeni bluzy puszkę piwa. Każdy obserwował ją zaniepokojony. Krzysiek i Kinga wymienili się porozumiewawczymi spojrzeniami. Coś było nie tak. A mieli nadzieję, że to ognisko będzie radosne i pełne humoru. Już widać, że co najmniej jedna osoba nie będzie się za dobrze bawić.
- Cześć – odezwała się Iza, przerywając ciszę, kiedy każdy obserwował ze zmartwieniem samotnie siedzącą Elizę.
Wszyscy obejrzeli się na dziewczynę i jej kuzynkę, a Marta w jednej chwili poczuła moc oskarżycielskich spojrzeń. Nic nie mówili, a jednak w ich oczach było od groma pretensji.
- Chyba… nie powinno mnie tu być – dziewczyna poczuła łzy napływające do oczy. Szybko odwróciła się i pobiegła w kierunku dużego wzgórza.
Znowu coś spieprzyła, choć nic nie zrobiła. Jak ona to robi?? Przywitali ją takimi spojrzeniami, że miała teraz tylko ochotę spakować swoje rzeczy i wrócić z powrotem do Warszawy. Już wystarczająco tutaj nabroiła.
Czyjaś ręka mocno ścisnęła jej ramię. Zatrzymała się przestraszona i obejrzała do tyłu, szybko rozcierając wierzchem dłoni łzy na policzkach.
- Chodź – powiedział cicho Konrad. Widział, że dziewczyna już otwiera buzię, jednak szybko przyłożył palec do jej ust. – I ani słowa.
Otoczył ją ramieniem i poprowadził z powrotem, gdzie czekała grupka ich znajomych, przygotowujących ognisko. Już nie patrzyli na nią z pretensjami, raczej mieli spuszczone głowy, lekko żałując swojego zachowania.
- Gratulacje – odezwał się Konrad. Zaklaskał w dłonie. – Dziewczyna na pewno bardzo miło się poczuła. Nie rozumiem, czemu wszyscy macie do niej pretensje za tą sytuację – odwrócił się i spojrzał na Elizę, siedzącą wystarczająco daleko, by nie słyszeć rozmowy. – Nie powinno nas to obchodzić. To wyłącznie ich sprawa. Damiana, Elizy i Marty. Oni zdecydują co będzie. Zupełnie nie rozumiem, jak możecie mieć o coś do tej biednej dziewczyny pretensje? Czy ona zmusza go do czegoś?
- To nie tak… - odezwała się cicho Michalina. – Marta, ty niedługo wyjeżdżasz… Baliśmy się, że Damian się od nas odsunie. Póki wszyscy byliśmy w paczce, było ok. A teraz… nie wiem jak to będzie.
- Myślisz, że ja wiem jak to będzie? – spytała cicho Marta. – Nie chcę problemów… Chcę tylko…
- Niech zgadnę? Pysznej kiełbaski z ogniska? – odezwał się Adrian.
Wszyscy spojrzeli na niego lekko zaskoczeni.
- Rozpalamy? – spytała Iwona, dając reszcie do zrozumienia, żeby zapomnieć o tej rozmowie i zająć się w końcu przyjemną częścią wieczoru.
Wszyscy naraz wrócili do organizowania ogniska. Sytuacja się wyprostowała, nikt już nie patrzył na Martę z pretensjami czy z podejrzeniami. Najbardziej cieszyło to Izę, która nie czuła się za dobrze w tej sytuacji. Marta była jej gościem i to Iza była tą osobą, która „wprowadziła lekki nieład” do ich paczki. Teraz sama miała sobie za złe, że w taki sposób myślała o Marcie. W końcu nic złego się nie działo…
Chłopaki przynieśli już wystarczająco dużo gałęzi, postanowi więc powoli rozpalać, ponieważ wszyscy byli już bardzo głodni.
- Chyba naraz zjem dwie, bez kitu – powiedział Krzysiek, masując się po brzuchu. – Kto mi usmaży? – rozejrzał się po koleżankach.
- Marzyciel! – fuknęła Iwona. – A Damian, to pewnie przyjdzie na gotowe… - dziewczyna nabiła trzy kiełbaski na patyk. Popatrzyła na Krzyśka, śliniącego się na ten widok. – Nie ma mowy! To nie dla ciebie. Muszę jedną upiec dla tamtej, co się tak izoluje – ruchem głowy wskazała na daleko siedzącą Elizę.
- Ja może pójdę sprawdzę, czy z nią wszystko w porządku. Mam nadzieję, że miała tylko jedno piwo… - odezwała się Kinga.
Marta odprowadziła ją wzrokiem, kiedy dziewczyna zniknęła w ciemności. Było już mroczno, jedynym źródłem oświetlenia były teraz wysokie płomienie ognia. Patrzyła jak chłopaki obok wygłupiali się, chodząc na rękach i sprawdzając się kto dłużej wytrzyma. Dziewczyny siedziały obok i naśmiewały się z nich.
Ona sama wciąż czuła się lekko obco w ich towarzystwie. Jakby była skrępowana, że może nadal jest przez nich nie zaakceptowana…
Głośne chrząknięcie po drugiej stronie ogniska. Marta podniosła wzrok. Pomiędzy wielkimi językami ognia dostrzegła Damiana. Popatrzyła na niego okrągłymi oczami.
- Musimy porozmawiać, możemy się na chwilę oddalić? – spytał cicho, nie chcąc wcale przebijać się przez głośne komentarze ze strony znajomych, którzy wygłupiali się, nie zauważywszy go jeszcze.
Dziewczyna kiwnęła głową i ruszyła z nim, zdając sobie sprawę, że hałas za nimi ucichł, czuła na sobie ciekawskie i poruszone spojrzenia. Patrzyła co chwilę na chłopaka, jednak było za ciemno, by mogła coś wyczytać z jego wyrazu twarzy. A była pewna, że coś by jej powiedział.
Usiedli na piasku, wystarczająco daleko od palącego się ogniska.
- Czy ma z tym coś wspólnego zachowanie Elizy? – spytała w końcu. – Coś wyraźnie ją zdenerwowało, zasmuciło…
- Nie jestem już z nią – przerwał jej krótko.
Krótki szelest, odgłos zapalniczki i płomień, oświetlający jego twarzy.
Nie zauważył zaskoczonej miny Marty. Płomień zgasł, pozostawiając go w niewiedzy. On jednak podszedł do tego zerwania strasznie spokojnie.
- Przykro mi. Jeśli nie chcesz o tym rozmawiać…
- A myślisz, że po co cię tu zaciągnąłem? – spytał cicho. Co jakiś czas zaciągał się papierosem i wypuszczał głośno dym z ust. – Dopiero kiedy poznałem ciebie… zdałem sobie sprawę, jak nieodpowiednią dziewczyną była dla mnie Eliza.
Marta na te słowa chciała się szybko poderwać, ale Damian złapał jej rękę.
- Świetnie, czyli co, zerwałeś z nią przeze mnie? Wspaniale, teraz to w ogóle będę okropnie wyglądać w oczach wszystkich…
- A co oni mają do rzeczy? To wyłącznie moja decyzja. Nie zmuszałaś mnie do niczego – ponownie zaciągnął się papierosem, oświetlając przy tym na chwilę swoją twarz. Dopiero teraz zauważyła, jak głęboko wpatruje się w jej oczy. – A ja nie mogę przestać o tobie myśleć, sam nie wiem czemu… Wiem, że i ty mnie polubiłaś.
Patrzyła na niego, kręcąc powoli głową.
- Uwierz, nie chcesz ze mną być. Tylko cię skrzywdzę – nie wierzyła, że właśnie to powiedziała.
Spuściła wzrok na swoją dłoń, bawiącą się piaskiem. Jednym ruchem drugiej dłoni przerzuciła do tyłu zasłonę włosów, które opadły, zakrywając jej twarz. Daniel pomógł jej, delikatnie zakładając kosmyk cienkich włosów za ucho.
- Może bywałaś w nieodpowiednich związkach, ale to przeszłość. Ze mną coś takiego cię nie spotka – mówił niezwykle poważnie, ale zarazem przyjemnie. Prawie położył się na piasku, oparty tylko na łokciu. Powoli dosięgnął jej dłoń leżącą na obok, zaczął delikatnie muskać opuszkami palców, przyprawiając ją o dreszcze. Wyrzucił dopalonego peta by wolną ręką dotknąć jej ramienia, na którym wystąpiła już gęsia skórka.
- Muszę pobyć trochę sama… Wyrzucić z głowy niepotrzebne… rzeczy…
- Możesz pobyć ze mną. A ja pomogę ci pozbyć się tych… rzeczy – szepnął, podnosząc się powoli w kierunku jej szyi.
Czy miłość do Adama jest fatycznie czymś, co szybko da się usunąć?
Czy można miłość w ogóle nazwać „czymś”, jeśli znaczy dla człowieka tak wiele, jeśli towarzyszy przez tak długi czas, kiedy wszystko inne zmienia się tak szybko i tak bardzo?
- Nie wiem, czy będziesz w stanie…
- A dasz mi spróbować? – delikatnie pocałował ją w szyję. – Nie wiesz, jak wiele mogę. Nie jestem typem chłopaka, który myśli tylko o swoich przyjemnościach. Zupełnie inaczej podchodzę do związku…
- Jednego dnia zrywasz z jedną dziewczyną i całujesz po szyi inną. Co dobrego mam w tej chwili o tobie pomyśleć? – syknęła, zaskoczona swoją wrogością. Nagle zdała sobie sprawę, że faktycznie nie powinna zawracać głowy temu chłopakowi. Nie zasłużył, żeby być jej kolejnym trofeum.
- Z Elizą praktycznie nie byłem od dawna, staraliśmy się jednak udawać parę… To znaczy… no dobra, ja czułem się jakbym grał w teatrzyku, bo ona chciała mnie zmusić, bym z nią był, groziła, że sobie coś zrobi. Ale ile mogłem w tym trwać, w związku z litości… - sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów, ale ostatecznie się rozmyślił. Marta nie lubiła, jak palił. Gdyby tylko mógł ujrzeć jej twarz, widziałby, jak zaczyna krzywić usteczka, widząc jego rękę wędrującą do koszuli.
- Nie przyjechałam do Sopotu, złamać kolejne serce – jej głos powoli się załamał, słysząc to wstała szybko.
Damian też zerwał się na równe nogi, zdziwiony tym, co usłyszał.
- Mówiłaś, że to ty byłaś raniona – powiedział głośno, kiedy oddalała się powoli.
Dziewczyna zatrzymała się, stała nieruchomo przez chwilę. Odwróciła powoli głowę do tyłu.
- Byłam raniona… przez samą siebie. Bo nie umiałam określić czego naprawdę chcę i wiązałam się z nieodpowiednimi osobami.
- Więc obawiasz się, że ja też mogę być tym nieodpowiednim?
Spojrzała na jego sylwetkę, majaczącą w ciemnościach, choć nie stał wcale tak daleko. Na szczęście nie widziała jego twarzy i oczu. Sądząc z jego głosu, przemawiał przez niego smutek i uczucie, którym ją obdarzył, niewiadomo kiedy i jak.
- A może boję się właśnie, że możesz być tym odpowiednim, a ja ciebie tylko skrzywdzę – jęknęła.
Cieszył się, że nie widzi jej łez, choć słysząc jej płaczliwy głos, czuł lekkie kucie w sercu. Stała tam niewinnie, mała, filigranowa, w bluzeczce na cienkie ramiączka i dżinsach zwężonych na dole. Włosy zakrywały jej gołe ramiona a ciemność schowała w sobie jej uczucia, wymalowane na tej dziewczęcej i smutnej twarzy.
Objęła ramiona rękoma, czując dokuczliwie coraz bardziej zimno.
Czekała chwilę, aż chłopak się do niej odezwie.
Milczał.
Odwróciła się i powędrowała w stronę palącego się ogniska. Gdzieś wśród ich wspólnych rzeczy leżała jej bluza.
poniedziałek, 12 listopada 2007
Rozdział 33
Dziewczyna wbiegając po schodach, starała się związać włosy w solidnego kucyka. Zderzenie z bratem nie wchodziło w rachubę, toteż zmierzyła go porządnie wzrokiem.
- Siostra, nie mam dziś dobrego humoru, więc lepiej nic nie mów – mruknął, mijając go.
- Grzesiek, jakby co, to zawsze możemy pogadać – obejrzała się za nim, sprawdzając solidność swojego kucyka.
Chłopak tylko machnął ręką w jej kierunku. Nie bardzo wiedziała, czy było to podziękowaniem za troskę, czy raczej niemiłym gestem?
Wbiegła na górę i ruszyła do pokoju kuzynki, gdzie ta zaszyła się bez słowa zaraz po obiedzie.
Zapukała cicho i powoli otworzyła drzwi. Marta leżała na łóżku wpatrując się bez konkretnego celu w sufit.
- O czym tak rozmyślasz? Nie mów, że Damian tak ci zawrócił w głowie? – zagadnęła, siadając obok niej.
Marta podniosła się i usiadła, kurcząc pod sobą nogi.
- Może i by to było dobrym rozwiązaniem. Niestety w mojej głowie wciąż siedzi Adam – mruknęła, przykładając usta do kolan. – Zaczyna mnie to denerwować, ja muszę o nim zapomnieć.
- Co on takiego zrobił? Zwykle jak pojawia się nowy facet, z łatwością zapomina się o tych poprzednich. Z tego co opowiadałaś, ostatnio dużo ich się pojawiało w twoim życiu. Ty jednak wciąż w głowię miałaś tylko jego...
Marta spojrzała na nią i wydęła usta, wypuszczając głośno powietrze.
- Przysięgam ci, w życiu nie spotkałam nikogo takiego, jak Adam. I naprawdę, nie mam pojęcia jak on to robi... Uwielbiam go...
- Marta, to czemu udajesz, że nie chcesz z nim być, to idiotyczne! – oburzyła się.
- Nie jestem dla niego. To że ja chcę z nim być, nie znaczy, że mogę z nim być. Nie możemy się dogadać, kłócimy się, bo różnica wieku sprawia, że nasze poglądy znacznie się różnią. Nasz związek nie potrafi przetrwać nawet tygodnia. Nie zmarnuję mu życia... – dziewczyna spuściła wzrok, wpatrując się w swoje bose stopy.
- Czyli lepiej ranić samą siebie i kolejnych chłopaków, którym robisz ciągle nadzieje, choć wiesz, że to nie wyjdzie? – Iza popatrzyła na nią litościwie. – Mam do ciebie żal, kuzynko. Szukasz chłopaków tylko po to, by zapomnieć o Adamie, choć wiesz, że powodzenie jest mało prawdopodobne... – wstała i odsłoniła zasłonki, zdała sobie sprawę, że w pokoju jest za ciemno. Na zewnątrz była ładna, słoneczna pogoda. Obejrzała się na Martę, na której twarzy zagościł smutny wyraz twarzy. Ona zdawała sobie doskonale sprawę z tego, co mówiła jej Iza.
- Masz rację... Ale co ja mogę w takiej sytuacji zrobić?
- Marta... nie zachowuj się jak dziecko... Aha i jeszcze jedno. Lubię Damiana, to jeden z najbardziej rozważnych chłopaków w naszej paczce. Nie wykorzystuj go dla swoich własnych potrzeb, proszę cię. Nie skrzywdź go.
Marta spojrzała przestraszona na kuzynkę. Poczuła się trochę głupio. Co może odpowiedzieć, jak sama wie jak jest? Poznaje chłopaka i naiwnie wierzy, że ta znajomość pomoże jej zapomnieć o Adamie. Może podświadomie zawsze jej się wydaje, że właśnie TEN jej w tym pomoże...
- Zdawało mi się, że rozmawiałaś z kimś przez telefon? – zwinnie zmieniła temat.
Mina Izy uświadomiła jej, że zorientowała się, że było to celowe. Jednak postanowiła się ugiąć, i zostawić teraz tamten temat.
- Taak... Dzwonił Adrian. Zamówił bilety na 19 do kina. Podobno strasznie dobra komedia, ale oczywiście sam nie pamięta tytułu – zaśmiała się i pokręciła głową.
- O, to świetnie, jakieś urozmaicenie, zawsze to coś – Marta uśmiechnęła się.
Miała nadzieję, że tamten temat jest już za nimi, jednak po wyrazie twarzy Izy widziała, że dziewczyna będzie mieć ją na oku, jeśli chodzi o Damiana.
Ale ona nie miała najmniejszego zamiaru go krzywdzić, nigdy nikogo nie chciała skrzywdzić. Po prostu... tak wychodziło.
Młody kasjer co chwila spoglądał na nią, nie mogąc się skupić na swojej pracy. Bawiło ją to, ale też zaczynało lekko denerwować. Nie mogła się spóźnić, Iza pewnie już na nią czeka.
- Przepraszam, trochę się spieszę... Czy mógłby pan...?
- Tak, oczywiście. To będzie razem dwanaście złotych, dziewięć groszy – chłopak wyraźnie się zawstydził.
Marta szybko zapłaciła i w biegu pakowała rzeczy do torebki, wychodząc ze sklepu. Wyciągnęła telefon z kieszeni i przechodząc przez ulicę, zaczęła pisać smsa do Izy. Ledwo znalazła się po drugiej stronie, a usłyszała czyjeś wołania. Odwróciła się, a na jej twarz opadła zasłona gładkich i cienkich włosów.
Po drugiej stronie stał Damian i czekał, aż zapali się zielone światło. Robił do niej śmieszne minki, udając niezadowolenie czekaniem. Marta uśmiechnęła się do niego uspokajająco, zapewniając go tym samym, że na niego poczeka. Przypomniała jej się dzisiejsza rozmowa z Izą.
Nie skrzywdź go.
Patrzyła, jak z uśmiechem zbliża się do niej. Był sympatyczny, przystojny. Nie skrzywdzi go. Poza tym, on jest z Elizą, a ona raczej nie wypuści go łatwo z rąk...
Kiedy już znalazł się przy niej, otoczył ją ramieniem i zaczął prowadzić ze sobą w innym kierunku, niż ona początkowo zamierzała.
- Co słychać? Dzwonił ktoś do was w sprawie dzisiejszego seansu? – zagadnął.
- Tak, właśnie szlam do domu, Iza na mnie czeka...
- Oj daj spokój – przerwał jej. Wyjął z kieszeni telefon, poszperał w nim chwilę i po chwili przyłożył go do ucha. – Cześć. Właśnie porywam twoją podopieczną. Spotkamy się na miejscu, dobra? – wsłuchiwał się chwilę w to, co mówiła dziewczyna po drugiej stronie. Zrobił nieciekawą minę, jednak jak przeniósł wzrok na Martę, uśmiechnął się zabawnie. Wydawał się już nie słuchać, co mówiła Iza. – Ależ oczywiście, trzymaj się – to mówiąc przerwał połączenie.
Włożył telefon do kieszeni spodni i wskazał na ławkę, obok której przechodzili. Zrozumiała, że chciałby usiąść na chwilę.
- Pokłóciłyście się? Była trochę... niezadowolona, że idziesz ze mną – zaczął się sam nad tym zastanawiać.
Wyjął z kieszeni spodni lekko pogniecioną paczkę papierosów. Wyciągnął jednego i zapalił, zaciągając się mocno. Marta patrzyła na niego, krzywiąc się.
- Więc? – spytał, spoglądając na nią. – Co Izę ugryzło?
- Nie wiem – mruknęła, odganiając od siebie ręką dym z jego papierosa. – Może w domu coś nie tak...
- Eeee – zaskrzeczał. Zaciągnął się znowu, robił przy tym śmieszną minę, jakby całą swoją uwagę skupiał na tej czynności. Położył rękę na oparciu ławki za plecami Marty. Jednak nie było to próbą objęcia jej. Podejrzewała, że nawet nie chodziło mu to wcale po głowie. – Iza nigdy nie miała czym się przejmować w domu, coś ukrywasz moja droga, ale ja się wszystkiego dowiem, zobaczysz – syknął.
Spojrzała na niego okrągłymi oczami, lekko zaniepokojona. Ten widząc jej minę, wybuchnął śmiechem.
- Nie no, jesteś przeurocza – stwierdził.
Marta znowu zrobiła okrągłe oczy, ale tym razem odwróciła głowę w drugą stronę, nie chcąc mu pokazywać swojej miny.
Szkoda, że jest zajęty...
A może na szczęście? Dla niego?
Obejrzała się na niego, widząc, że wstaje. Rzucił na ziemię peta i przygniótł go butem. Włożył ręce do kieszeni spodni i ruchem głowy dał jej znać, że mogą iść dalej.
Damian poprowadził ją przez park, twierdząc, że w ten sposób będą dwa razy szybciej na miejscu. Dziewczyna udawała, że ogląda las z każdej strony, by móc czasem zerknąć na jego profil. Był zamyślony i jakby skupiał myśli na jakiejś jednej konkretnej sprawie, nie mając zamiaru rozmawiać z nią przez ten czas.
Nie wiedziała tylko, że on doskonale wiedział, że dziewczyna go obserwuje i po prostu chciał jej to umożliwić.
Nagle spojrzał na nią, przyłapując ją na obserwowaniu jego.
- Chciałaś się mnie o coś zapytać? – starał się być poważny, ale ledwo powstrzymywał śmiech.
- Daleko... jeszcze? – wyjąkała.
Ale właśnie zauważyła grupkę znajomych, stojących w cieniu drzewa. Niektórzy z nich obrzucali ich dziwnymi spojrzeniami, kiedy powoli zbliżali się do nich. Martę niepokoiły te spojrzenia, Damian jednak zdawał się nic z tego nie robić.
- Zobaczcie kogo znalazłem błąkającego się po ulicy – oznajmił do znajomych.
- Dłużej się nie dało? – mruknął Krzysiek. – Myśleliśmy, że już nie przyjdziecie, że wolicie spędzić dzień tylko we dwoje.
Spojrzał na Elizę, spotykając się z jej morderczym spojrzeniem.
- Chodźcie do środka, nie róbcie scen – mruknął Damian, całując swoją dziewczynę w policzek, co wcale jej nie uspokoiło. Zerknęła tylko szybko na Martę, chcąc jej pokazać swoją złość.
Ta jednak nie patrzyła na nią. Wyjęła telefon z torebki, czując wibracje. Odłączyła się od paczki, zostając na zewnątrz, kiedy oni weszli już do środka. Już miała odebrać połączenie od siostry, kiedy jej telefon rozładował się na dobre.
- Cholera – syknęła, tupiąc nogą.
- Coś się stało? – usłyszała obok nieznajomy głos, aż wyraźnie drgnęła.
Obok niej stało trzech trochę wyższych chłopaków z ucieszonymi minami.
- Sama? Może potowarzyszymy ci na seansie?
- Dziękuję… - skrzywiła się. – Ale zdecydowanie NIE skorzystam.
- A może jednak wymienimy się telefonami i któregoś dnia coś razem… wykombinujemy? – spytał jeden, podchodząc bliżej i wyjmując ręce z kieszeni. – Możesz mi przypomnieć swoje piękne imię?
- Nie przedstawiałam ci się – syknęła, zaciskając ze złości zęby. Chciała przejść obok nich, jednak umiejętnie zastawili jej drogę. – Odsuńcie się…
- Nie szukajcie problemów, macie przed sobą małą, niepozorną agentkę – usłyszeli głos z tyłu.
Naraz odwrócili się i spojrzeli na Damiana. Stał już z kolejnym papierosem w buzi i zapalał go zapalniczką. Spojrzał oczekująco na chłopaków, rozkładając ręce.
- Coś się stało? Wciąż tu jesteście? – udał zdziwionego. – Marta, pokaż im ten pistolet, może się przestraszą i obejdzie się bez strzelaniny.
Chłopaki spojrzeli na niego jak na nienormalnego i odeszli, patrząc na niego i pukając się w czoło.
Marta stała z poważną miną, po czym podeszła szybko do Damiana i wybuchnęła śmiechem.
- Ty jesteś nienormalny – pisnęła, uderzając go lekko pięścią w pierś.
Poczuła się jednak lekko zmieszana swoim zachowaniem.
Dziewczyno co ty znowu wyprawiasz? Zostaw go w spokoju. Zostaw, póki jeszcze nie jest za późno. Znowu upatrzyłaś sobie trofeum? Czyjeś serce, kolejne do zniszczenia? Chłopak wydawał się ją polubić od razu, mogło się to okazać zgubne.
Przekręciła głowę lekko w bok, patrząc badawczo na jego uśmiech. Zaciągnął się znowu papierosem, spotykając się z jej krzywiącymi się ustami. Nie podobało jej się to. Eliza nie miała mu tego za złe, sama paliła jak nałogowiec…
On również przekręcił głowę, tylko w drugą stronę, marszcząc przy tym brwi.
Gdyby tak postawić je obok siebie, to jak zestawić dobro ze złem… Czasami ostrą i wulgarną Elizę i łagodną i kruchą Martę o uśmiechu tak uroczym i zaraźliwym…
W drzwiach budynku pojawił się Adrian i gwizdnął przeraźliwie głośno.
- To już przestaje być śmieszne, naprawdę! – krzyknął, nie będąc wcale zadowolonym. – Ostrzegam was w imieniu wszystkich!
Adrian machnął ręką i wszedł do środka, trzaskając drzwiami. Ruszył w kierunku grupki znajomych, lekko oburzonych stojących przy kasie, jednak zwrócił uwagę na Elizę, stojącą przy szybie i patrzącą na zbliżającą się do budynku parę. Poruszała bezgłośnie ustami, obserwując ich morderczymi spojrzeniami.
- A co ty skarbie sama do siebie mówisz? To są pierwsze objawy choroby – oznajmił troskliwym głosem, otaczając ją ramieniem.
- Widzisz, niestety muszę – mruknęła, odtrącając jego rękę. – Mój chłopak woli towarzystwo Marty i nawet się z tym nie kryje… Ale ta mała suka jeszcze pożałuje – dodała ciszej.
- Co? Słucham? – Adrian nachylił się nad nią. – Eliz, to kuzynka Izy, uważaj. Jestem pewien, że Damian po prostu próbuje być miły, choć zgodzę się z tobą, czasami przesadza… - obejrzał się i zobaczył parę wchodzącą do kina. – A ona niedługo wyjedzie, przeczekaj.
Adrian odszedł od niej i podbiegł do grupki znajomych, zaczynających obrzucać pretensjami Martę i Damiana. Oboje stali skruszeni, wysłuchując uwag, po czym zaczęli się tłumaczyć.
- Mam nadzieję, że wyjedzie, bo inaczej pożałuje, że na niego spojrzała – powiedziała do siebie przez zęby Eliza, obserwując ich z daleka.
- Siostra, nie mam dziś dobrego humoru, więc lepiej nic nie mów – mruknął, mijając go.
- Grzesiek, jakby co, to zawsze możemy pogadać – obejrzała się za nim, sprawdzając solidność swojego kucyka.
Chłopak tylko machnął ręką w jej kierunku. Nie bardzo wiedziała, czy było to podziękowaniem za troskę, czy raczej niemiłym gestem?
Wbiegła na górę i ruszyła do pokoju kuzynki, gdzie ta zaszyła się bez słowa zaraz po obiedzie.
Zapukała cicho i powoli otworzyła drzwi. Marta leżała na łóżku wpatrując się bez konkretnego celu w sufit.
- O czym tak rozmyślasz? Nie mów, że Damian tak ci zawrócił w głowie? – zagadnęła, siadając obok niej.
Marta podniosła się i usiadła, kurcząc pod sobą nogi.
- Może i by to było dobrym rozwiązaniem. Niestety w mojej głowie wciąż siedzi Adam – mruknęła, przykładając usta do kolan. – Zaczyna mnie to denerwować, ja muszę o nim zapomnieć.
- Co on takiego zrobił? Zwykle jak pojawia się nowy facet, z łatwością zapomina się o tych poprzednich. Z tego co opowiadałaś, ostatnio dużo ich się pojawiało w twoim życiu. Ty jednak wciąż w głowię miałaś tylko jego...
Marta spojrzała na nią i wydęła usta, wypuszczając głośno powietrze.
- Przysięgam ci, w życiu nie spotkałam nikogo takiego, jak Adam. I naprawdę, nie mam pojęcia jak on to robi... Uwielbiam go...
- Marta, to czemu udajesz, że nie chcesz z nim być, to idiotyczne! – oburzyła się.
- Nie jestem dla niego. To że ja chcę z nim być, nie znaczy, że mogę z nim być. Nie możemy się dogadać, kłócimy się, bo różnica wieku sprawia, że nasze poglądy znacznie się różnią. Nasz związek nie potrafi przetrwać nawet tygodnia. Nie zmarnuję mu życia... – dziewczyna spuściła wzrok, wpatrując się w swoje bose stopy.
- Czyli lepiej ranić samą siebie i kolejnych chłopaków, którym robisz ciągle nadzieje, choć wiesz, że to nie wyjdzie? – Iza popatrzyła na nią litościwie. – Mam do ciebie żal, kuzynko. Szukasz chłopaków tylko po to, by zapomnieć o Adamie, choć wiesz, że powodzenie jest mało prawdopodobne... – wstała i odsłoniła zasłonki, zdała sobie sprawę, że w pokoju jest za ciemno. Na zewnątrz była ładna, słoneczna pogoda. Obejrzała się na Martę, na której twarzy zagościł smutny wyraz twarzy. Ona zdawała sobie doskonale sprawę z tego, co mówiła jej Iza.
- Masz rację... Ale co ja mogę w takiej sytuacji zrobić?
- Marta... nie zachowuj się jak dziecko... Aha i jeszcze jedno. Lubię Damiana, to jeden z najbardziej rozważnych chłopaków w naszej paczce. Nie wykorzystuj go dla swoich własnych potrzeb, proszę cię. Nie skrzywdź go.
Marta spojrzała przestraszona na kuzynkę. Poczuła się trochę głupio. Co może odpowiedzieć, jak sama wie jak jest? Poznaje chłopaka i naiwnie wierzy, że ta znajomość pomoże jej zapomnieć o Adamie. Może podświadomie zawsze jej się wydaje, że właśnie TEN jej w tym pomoże...
- Zdawało mi się, że rozmawiałaś z kimś przez telefon? – zwinnie zmieniła temat.
Mina Izy uświadomiła jej, że zorientowała się, że było to celowe. Jednak postanowiła się ugiąć, i zostawić teraz tamten temat.
- Taak... Dzwonił Adrian. Zamówił bilety na 19 do kina. Podobno strasznie dobra komedia, ale oczywiście sam nie pamięta tytułu – zaśmiała się i pokręciła głową.
- O, to świetnie, jakieś urozmaicenie, zawsze to coś – Marta uśmiechnęła się.
Miała nadzieję, że tamten temat jest już za nimi, jednak po wyrazie twarzy Izy widziała, że dziewczyna będzie mieć ją na oku, jeśli chodzi o Damiana.
Ale ona nie miała najmniejszego zamiaru go krzywdzić, nigdy nikogo nie chciała skrzywdzić. Po prostu... tak wychodziło.
Młody kasjer co chwila spoglądał na nią, nie mogąc się skupić na swojej pracy. Bawiło ją to, ale też zaczynało lekko denerwować. Nie mogła się spóźnić, Iza pewnie już na nią czeka.
- Przepraszam, trochę się spieszę... Czy mógłby pan...?
- Tak, oczywiście. To będzie razem dwanaście złotych, dziewięć groszy – chłopak wyraźnie się zawstydził.
Marta szybko zapłaciła i w biegu pakowała rzeczy do torebki, wychodząc ze sklepu. Wyciągnęła telefon z kieszeni i przechodząc przez ulicę, zaczęła pisać smsa do Izy. Ledwo znalazła się po drugiej stronie, a usłyszała czyjeś wołania. Odwróciła się, a na jej twarz opadła zasłona gładkich i cienkich włosów.
Po drugiej stronie stał Damian i czekał, aż zapali się zielone światło. Robił do niej śmieszne minki, udając niezadowolenie czekaniem. Marta uśmiechnęła się do niego uspokajająco, zapewniając go tym samym, że na niego poczeka. Przypomniała jej się dzisiejsza rozmowa z Izą.
Nie skrzywdź go.
Patrzyła, jak z uśmiechem zbliża się do niej. Był sympatyczny, przystojny. Nie skrzywdzi go. Poza tym, on jest z Elizą, a ona raczej nie wypuści go łatwo z rąk...
Kiedy już znalazł się przy niej, otoczył ją ramieniem i zaczął prowadzić ze sobą w innym kierunku, niż ona początkowo zamierzała.
- Co słychać? Dzwonił ktoś do was w sprawie dzisiejszego seansu? – zagadnął.
- Tak, właśnie szlam do domu, Iza na mnie czeka...
- Oj daj spokój – przerwał jej. Wyjął z kieszeni telefon, poszperał w nim chwilę i po chwili przyłożył go do ucha. – Cześć. Właśnie porywam twoją podopieczną. Spotkamy się na miejscu, dobra? – wsłuchiwał się chwilę w to, co mówiła dziewczyna po drugiej stronie. Zrobił nieciekawą minę, jednak jak przeniósł wzrok na Martę, uśmiechnął się zabawnie. Wydawał się już nie słuchać, co mówiła Iza. – Ależ oczywiście, trzymaj się – to mówiąc przerwał połączenie.
Włożył telefon do kieszeni spodni i wskazał na ławkę, obok której przechodzili. Zrozumiała, że chciałby usiąść na chwilę.
- Pokłóciłyście się? Była trochę... niezadowolona, że idziesz ze mną – zaczął się sam nad tym zastanawiać.
Wyjął z kieszeni spodni lekko pogniecioną paczkę papierosów. Wyciągnął jednego i zapalił, zaciągając się mocno. Marta patrzyła na niego, krzywiąc się.
- Więc? – spytał, spoglądając na nią. – Co Izę ugryzło?
- Nie wiem – mruknęła, odganiając od siebie ręką dym z jego papierosa. – Może w domu coś nie tak...
- Eeee – zaskrzeczał. Zaciągnął się znowu, robił przy tym śmieszną minę, jakby całą swoją uwagę skupiał na tej czynności. Położył rękę na oparciu ławki za plecami Marty. Jednak nie było to próbą objęcia jej. Podejrzewała, że nawet nie chodziło mu to wcale po głowie. – Iza nigdy nie miała czym się przejmować w domu, coś ukrywasz moja droga, ale ja się wszystkiego dowiem, zobaczysz – syknął.
Spojrzała na niego okrągłymi oczami, lekko zaniepokojona. Ten widząc jej minę, wybuchnął śmiechem.
- Nie no, jesteś przeurocza – stwierdził.
Marta znowu zrobiła okrągłe oczy, ale tym razem odwróciła głowę w drugą stronę, nie chcąc mu pokazywać swojej miny.
Szkoda, że jest zajęty...
A może na szczęście? Dla niego?
Obejrzała się na niego, widząc, że wstaje. Rzucił na ziemię peta i przygniótł go butem. Włożył ręce do kieszeni spodni i ruchem głowy dał jej znać, że mogą iść dalej.
Damian poprowadził ją przez park, twierdząc, że w ten sposób będą dwa razy szybciej na miejscu. Dziewczyna udawała, że ogląda las z każdej strony, by móc czasem zerknąć na jego profil. Był zamyślony i jakby skupiał myśli na jakiejś jednej konkretnej sprawie, nie mając zamiaru rozmawiać z nią przez ten czas.
Nie wiedziała tylko, że on doskonale wiedział, że dziewczyna go obserwuje i po prostu chciał jej to umożliwić.
Nagle spojrzał na nią, przyłapując ją na obserwowaniu jego.
- Chciałaś się mnie o coś zapytać? – starał się być poważny, ale ledwo powstrzymywał śmiech.
- Daleko... jeszcze? – wyjąkała.
Ale właśnie zauważyła grupkę znajomych, stojących w cieniu drzewa. Niektórzy z nich obrzucali ich dziwnymi spojrzeniami, kiedy powoli zbliżali się do nich. Martę niepokoiły te spojrzenia, Damian jednak zdawał się nic z tego nie robić.
- Zobaczcie kogo znalazłem błąkającego się po ulicy – oznajmił do znajomych.
- Dłużej się nie dało? – mruknął Krzysiek. – Myśleliśmy, że już nie przyjdziecie, że wolicie spędzić dzień tylko we dwoje.
Spojrzał na Elizę, spotykając się z jej morderczym spojrzeniem.
- Chodźcie do środka, nie róbcie scen – mruknął Damian, całując swoją dziewczynę w policzek, co wcale jej nie uspokoiło. Zerknęła tylko szybko na Martę, chcąc jej pokazać swoją złość.
Ta jednak nie patrzyła na nią. Wyjęła telefon z torebki, czując wibracje. Odłączyła się od paczki, zostając na zewnątrz, kiedy oni weszli już do środka. Już miała odebrać połączenie od siostry, kiedy jej telefon rozładował się na dobre.
- Cholera – syknęła, tupiąc nogą.
- Coś się stało? – usłyszała obok nieznajomy głos, aż wyraźnie drgnęła.
Obok niej stało trzech trochę wyższych chłopaków z ucieszonymi minami.
- Sama? Może potowarzyszymy ci na seansie?
- Dziękuję… - skrzywiła się. – Ale zdecydowanie NIE skorzystam.
- A może jednak wymienimy się telefonami i któregoś dnia coś razem… wykombinujemy? – spytał jeden, podchodząc bliżej i wyjmując ręce z kieszeni. – Możesz mi przypomnieć swoje piękne imię?
- Nie przedstawiałam ci się – syknęła, zaciskając ze złości zęby. Chciała przejść obok nich, jednak umiejętnie zastawili jej drogę. – Odsuńcie się…
- Nie szukajcie problemów, macie przed sobą małą, niepozorną agentkę – usłyszeli głos z tyłu.
Naraz odwrócili się i spojrzeli na Damiana. Stał już z kolejnym papierosem w buzi i zapalał go zapalniczką. Spojrzał oczekująco na chłopaków, rozkładając ręce.
- Coś się stało? Wciąż tu jesteście? – udał zdziwionego. – Marta, pokaż im ten pistolet, może się przestraszą i obejdzie się bez strzelaniny.
Chłopaki spojrzeli na niego jak na nienormalnego i odeszli, patrząc na niego i pukając się w czoło.
Marta stała z poważną miną, po czym podeszła szybko do Damiana i wybuchnęła śmiechem.
- Ty jesteś nienormalny – pisnęła, uderzając go lekko pięścią w pierś.
Poczuła się jednak lekko zmieszana swoim zachowaniem.
Dziewczyno co ty znowu wyprawiasz? Zostaw go w spokoju. Zostaw, póki jeszcze nie jest za późno. Znowu upatrzyłaś sobie trofeum? Czyjeś serce, kolejne do zniszczenia? Chłopak wydawał się ją polubić od razu, mogło się to okazać zgubne.
Przekręciła głowę lekko w bok, patrząc badawczo na jego uśmiech. Zaciągnął się znowu papierosem, spotykając się z jej krzywiącymi się ustami. Nie podobało jej się to. Eliza nie miała mu tego za złe, sama paliła jak nałogowiec…
On również przekręcił głowę, tylko w drugą stronę, marszcząc przy tym brwi.
Gdyby tak postawić je obok siebie, to jak zestawić dobro ze złem… Czasami ostrą i wulgarną Elizę i łagodną i kruchą Martę o uśmiechu tak uroczym i zaraźliwym…
W drzwiach budynku pojawił się Adrian i gwizdnął przeraźliwie głośno.
- To już przestaje być śmieszne, naprawdę! – krzyknął, nie będąc wcale zadowolonym. – Ostrzegam was w imieniu wszystkich!
Adrian machnął ręką i wszedł do środka, trzaskając drzwiami. Ruszył w kierunku grupki znajomych, lekko oburzonych stojących przy kasie, jednak zwrócił uwagę na Elizę, stojącą przy szybie i patrzącą na zbliżającą się do budynku parę. Poruszała bezgłośnie ustami, obserwując ich morderczymi spojrzeniami.
- A co ty skarbie sama do siebie mówisz? To są pierwsze objawy choroby – oznajmił troskliwym głosem, otaczając ją ramieniem.
- Widzisz, niestety muszę – mruknęła, odtrącając jego rękę. – Mój chłopak woli towarzystwo Marty i nawet się z tym nie kryje… Ale ta mała suka jeszcze pożałuje – dodała ciszej.
- Co? Słucham? – Adrian nachylił się nad nią. – Eliz, to kuzynka Izy, uważaj. Jestem pewien, że Damian po prostu próbuje być miły, choć zgodzę się z tobą, czasami przesadza… - obejrzał się i zobaczył parę wchodzącą do kina. – A ona niedługo wyjedzie, przeczekaj.
Adrian odszedł od niej i podbiegł do grupki znajomych, zaczynających obrzucać pretensjami Martę i Damiana. Oboje stali skruszeni, wysłuchując uwag, po czym zaczęli się tłumaczyć.
- Mam nadzieję, że wyjedzie, bo inaczej pożałuje, że na niego spojrzała – powiedziała do siebie przez zęby Eliza, obserwując ich z daleka.
Rozdział 32
Tak, to właśnie lubiła w Sopocie. Późną porą panuje tu taka cisza, że słychać było tylko świerszcze grające gdzieś w oddali. No i nie bała się wracać w ciemności z Izą z pubu. Nie było tu tak niebezpiecznie, mogła nawet śmiało przyznać, że tutejsze okolice były bardzo spokojne i nigdy nie dochodziło tu do żadnych nieciekawych sytuacji.
Obie dziewczyny były w znakomitym humorze, lekko poprawionym alkoholowymi trunkami.
- Iza, serdeczne dzięki za dzisiaj. Za użyczenie mi swoich przyjaciół – Marta chichotała cicho pod nosem. – Dzisiaj poczułam się tak normalnie… nawet nie wiesz jak miło było zapomnieć o wszystkim… co złe… I ta świadomość, że wszyscy źli ludzie zostali w Warszawie, a tutaj zostałam tak ciepło przyjęta…
Iza zaśmiała się, obejmując Martę. Było trochę chłodno, dlatego też jak szły blisko siebie, ogrzewały się nawzajem ciepłem swoich ciał. Wiał lekki wiatr, poruszając ich włosami. Przyspieszyły, czując coraz większy chłód.
- Cieszę się, ale czy nie za bardzo sentymentalnie podeszłaś do tego dnia? – mruknęła, ziewając przy tym, bez skrępowania szeroko otwierając buzię.
- Bo mnie połkniesz – Marta przyłożyła dłoń, zasłaniając dziewczynie usta. – Niby tak, masz rację. Może twoi znajomi tylko stwarzają pozory miłych. Ale… muszę ci się przyznać, że… ktoś mi wpadł w oko…
- Tak, wiem – przerwała jej Iza, poważniejąc. Były już przed furtką, jednak dziewczyna zagrodziła wejście, poważniejąc. – I właśnie o tym muszę z tobą porozmawiać.
- Och… nie chcesz żebym się wiązała z żadnym z twoich znajomych? – spytała domyślnie, spuszczając wzrok. Po chwili podniosła go i spojrzała na kuzynkę uśmiechnięta. – Ale nie myśl sobie, że ja tylko chcę się zabawić czyimś kosztem, że to tylko tak… Damian naprawdę…
- Trzymaj się od niego z daleka – ostrzegła ją surowo Iza. Nie żartowała.
Marta wydała się być zmieszana. Poczuła się głupio. Otworzyła buzię, chcąc coś powiedzieć, ale zaskoczyła ją niemiła postawa kuzynki.
No tak, koniec z „pożyczaniem” znajomych.
- Nie chcę byś mnie źle zrozumiała – Iza powoli złagodniała, opierając się o furtkę. Wyjęła z kieszeni klucze. – Damian jest chłopakiem Elizy. Widziałam jej wzrok, jak cały wieczór gadaliście oboje. Znam ją i uwierz, że potrafi być podła. I nie będzie cię oszczędzać, tylko dlatego, że jesteś moim gościem.
- Mogłaś mi to powiedzieć od razu. Nie rozmawiałabym z nim wtedy tak zawzięcie – dziewczyna objęła się obiema rękami i spojrzała przed siebie, na odległy koniec długiej ulicy. – Nie mam zamiaru rozbijać czyjegoś związku.
Iza z uspokajającym uśmiechem otworzyła szeroko furtkę i wskazała ręką Marcie, żeby przeszła pierwsza.
Pomimo późnej pory, mama Izy siedziała jeszcze w pokoju i oglądała po cichu telewizję.
- Mamo, ty jeszcze nie…
- Wróciłyście wreszcie – przerwa jej kobieta, wstając. – Wiesz dobrze, że Marta miała dziś ciężką podróż, a ty już pierwszego dnia wyciągasz ją do tego baru. W ogóle nie pomyślałaś, żeby się jej spytać.
- Ale ciociu, nic się nie stało – dziewczyna podeszła do niej i przytuliła ją. – Czuję się o wiele lepiej, niż gdybym została w domu i leżała bezczynnie. Znajomi Izy są zwariowani, ale przy nich moje smutki odeszły na dalszy plan. Było w porządku, naprawdę.
- Tylko Martuniu, nie wzięłaś telefonu i twoja siostra nie mogła się dodzwonić, aż w końcu zadzwoniła do nas na domowy numer. Jej samej nie spodobał się ten wasz dzisiejszy wypad.
Dziewczyna przybrała buntowniczy wyraz twarzy.
- Mojej siostrze nic do tego. Ona się o mnie ciągle martwi, nie daje mi chwili wytchnienia.
- Ja bym się cieszył, gdyby moje siostry się tak o mnie martwiły – powiedział Grzesiek, schodząc ze schodów. Zatrzymał się przed lustrem i zaczął się w nim przyglądać.
Obie dziewczyny zmierzyły go wzrokiem, widząc, jak wiele pracy musiał włożyć w to jak teraz wyglądał. Ten jednak dalej się przeglądał, przeczesując włosy, delikatnie układając je przy pomocy żelu.
- A ty gdzieś się wybierasz? – Marta podeszła do niego, i pokazała mu swój podejrzany uśmiech w odbiciu lustra.
- Tak. Właściwie, to jestem trochę spóźniony. Trochę bardziej, niż trochę – przestał zajmować się włosami i odwrócił się, by spojrzeć na dziewczynę. – Ale ale… Widzę, że jesteś bardzo zadowolona. Widocznie któryś z kumpli mojej siostry wpadł ci w oko – dodał, nachylając się do niej, szturchając ją lekko w ramię.
Dziewczyna otworzyła szeroko oczy.
- A widzisz tu jakiegoś?
- Dowcipnisia – mruknął i sięgnął po kurtkę, wiszącą za jej plecami. – Teraz nie widzę żadnego, bo go porządnie schowałaś. Ale już ja znam takie małe, podstępne dziewczynki. Owijacie sobie nas wokół palca, a my tracimy dla was głowę… - zobaczył dziwnie przestraszony wyraz twarzy kuzynki. – Sorry, źle zniosłem rozstanie z dziewczyną.
Marta odprowadziła go wzrokiem, kiedy szybko zniknął za drzwiami. Spojrzała na Izę i ma swoją ciocię, jednak te nie wykazywały zdziwienia tą sytuacją.
- To było jego normalne zachowanie? – zastanawiała się na głos.
- Nasz Grzesiek zmienia dziewczyny częściej, niż myślisz – powiedziała kobieta, zbierając gazety i układając je na stoliku starannie. – On taki jest praktycznie zawsze. Dla niego kobiety to zło konieczne…
- Zło, bo go krzywdzą, a konieczne, bo bez nich nie może funkcjonować – dokończyła Iza, po czym wszystkie trzy zaczęły się śmiać, zapominając o pozostałych dziewczynach śpiących na górze.
Obie dziewczyny były w znakomitym humorze, lekko poprawionym alkoholowymi trunkami.
- Iza, serdeczne dzięki za dzisiaj. Za użyczenie mi swoich przyjaciół – Marta chichotała cicho pod nosem. – Dzisiaj poczułam się tak normalnie… nawet nie wiesz jak miło było zapomnieć o wszystkim… co złe… I ta świadomość, że wszyscy źli ludzie zostali w Warszawie, a tutaj zostałam tak ciepło przyjęta…
Iza zaśmiała się, obejmując Martę. Było trochę chłodno, dlatego też jak szły blisko siebie, ogrzewały się nawzajem ciepłem swoich ciał. Wiał lekki wiatr, poruszając ich włosami. Przyspieszyły, czując coraz większy chłód.
- Cieszę się, ale czy nie za bardzo sentymentalnie podeszłaś do tego dnia? – mruknęła, ziewając przy tym, bez skrępowania szeroko otwierając buzię.
- Bo mnie połkniesz – Marta przyłożyła dłoń, zasłaniając dziewczynie usta. – Niby tak, masz rację. Może twoi znajomi tylko stwarzają pozory miłych. Ale… muszę ci się przyznać, że… ktoś mi wpadł w oko…
- Tak, wiem – przerwała jej Iza, poważniejąc. Były już przed furtką, jednak dziewczyna zagrodziła wejście, poważniejąc. – I właśnie o tym muszę z tobą porozmawiać.
- Och… nie chcesz żebym się wiązała z żadnym z twoich znajomych? – spytała domyślnie, spuszczając wzrok. Po chwili podniosła go i spojrzała na kuzynkę uśmiechnięta. – Ale nie myśl sobie, że ja tylko chcę się zabawić czyimś kosztem, że to tylko tak… Damian naprawdę…
- Trzymaj się od niego z daleka – ostrzegła ją surowo Iza. Nie żartowała.
Marta wydała się być zmieszana. Poczuła się głupio. Otworzyła buzię, chcąc coś powiedzieć, ale zaskoczyła ją niemiła postawa kuzynki.
No tak, koniec z „pożyczaniem” znajomych.
- Nie chcę byś mnie źle zrozumiała – Iza powoli złagodniała, opierając się o furtkę. Wyjęła z kieszeni klucze. – Damian jest chłopakiem Elizy. Widziałam jej wzrok, jak cały wieczór gadaliście oboje. Znam ją i uwierz, że potrafi być podła. I nie będzie cię oszczędzać, tylko dlatego, że jesteś moim gościem.
- Mogłaś mi to powiedzieć od razu. Nie rozmawiałabym z nim wtedy tak zawzięcie – dziewczyna objęła się obiema rękami i spojrzała przed siebie, na odległy koniec długiej ulicy. – Nie mam zamiaru rozbijać czyjegoś związku.
Iza z uspokajającym uśmiechem otworzyła szeroko furtkę i wskazała ręką Marcie, żeby przeszła pierwsza.
Pomimo późnej pory, mama Izy siedziała jeszcze w pokoju i oglądała po cichu telewizję.
- Mamo, ty jeszcze nie…
- Wróciłyście wreszcie – przerwa jej kobieta, wstając. – Wiesz dobrze, że Marta miała dziś ciężką podróż, a ty już pierwszego dnia wyciągasz ją do tego baru. W ogóle nie pomyślałaś, żeby się jej spytać.
- Ale ciociu, nic się nie stało – dziewczyna podeszła do niej i przytuliła ją. – Czuję się o wiele lepiej, niż gdybym została w domu i leżała bezczynnie. Znajomi Izy są zwariowani, ale przy nich moje smutki odeszły na dalszy plan. Było w porządku, naprawdę.
- Tylko Martuniu, nie wzięłaś telefonu i twoja siostra nie mogła się dodzwonić, aż w końcu zadzwoniła do nas na domowy numer. Jej samej nie spodobał się ten wasz dzisiejszy wypad.
Dziewczyna przybrała buntowniczy wyraz twarzy.
- Mojej siostrze nic do tego. Ona się o mnie ciągle martwi, nie daje mi chwili wytchnienia.
- Ja bym się cieszył, gdyby moje siostry się tak o mnie martwiły – powiedział Grzesiek, schodząc ze schodów. Zatrzymał się przed lustrem i zaczął się w nim przyglądać.
Obie dziewczyny zmierzyły go wzrokiem, widząc, jak wiele pracy musiał włożyć w to jak teraz wyglądał. Ten jednak dalej się przeglądał, przeczesując włosy, delikatnie układając je przy pomocy żelu.
- A ty gdzieś się wybierasz? – Marta podeszła do niego, i pokazała mu swój podejrzany uśmiech w odbiciu lustra.
- Tak. Właściwie, to jestem trochę spóźniony. Trochę bardziej, niż trochę – przestał zajmować się włosami i odwrócił się, by spojrzeć na dziewczynę. – Ale ale… Widzę, że jesteś bardzo zadowolona. Widocznie któryś z kumpli mojej siostry wpadł ci w oko – dodał, nachylając się do niej, szturchając ją lekko w ramię.
Dziewczyna otworzyła szeroko oczy.
- A widzisz tu jakiegoś?
- Dowcipnisia – mruknął i sięgnął po kurtkę, wiszącą za jej plecami. – Teraz nie widzę żadnego, bo go porządnie schowałaś. Ale już ja znam takie małe, podstępne dziewczynki. Owijacie sobie nas wokół palca, a my tracimy dla was głowę… - zobaczył dziwnie przestraszony wyraz twarzy kuzynki. – Sorry, źle zniosłem rozstanie z dziewczyną.
Marta odprowadziła go wzrokiem, kiedy szybko zniknął za drzwiami. Spojrzała na Izę i ma swoją ciocię, jednak te nie wykazywały zdziwienia tą sytuacją.
- To było jego normalne zachowanie? – zastanawiała się na głos.
- Nasz Grzesiek zmienia dziewczyny częściej, niż myślisz – powiedziała kobieta, zbierając gazety i układając je na stoliku starannie. – On taki jest praktycznie zawsze. Dla niego kobiety to zło konieczne…
- Zło, bo go krzywdzą, a konieczne, bo bez nich nie może funkcjonować – dokończyła Iza, po czym wszystkie trzy zaczęły się śmiać, zapominając o pozostałych dziewczynach śpiących na górze.
Rozdział 31
Samochód zatrzymał się pod domem.
- Poradzicie sobie? Ja jestem spóźniony i musze jechać – powiedział chłopak, mając lekkie poczucie winy.
- Grzesiek, dziewczyny mi pomogą, dzięki że mnie przywiozłeś – Marta podkreśliła swoje podziękowania promiennym i szerokim uśmiechem.
Chłopak wycelował do niej groźnie palcem.
- Powiedzmy, że ci wierzę – syknął. – Ale za to będziesz musiała spróbować wieczorem pizzy w moim wykonaniu.
- Skoro karzesz – mruknęła smutno, podnosząc do góry ręce w geście poddania się.
Iza i Daria zaśmiały się razem z nią, patrząc na brata kręcącego głową. Machnął niedbale ręką i szybko wsiadł do samochodu, ruszając gwałtownie z chodnika. Marta patrzyła na oddalający się samochód, z przerażeniem zdając sobie sprawę, z jakim wariatem drogowym jechała przed chwilą.
- Grzesiek jest szalony – stwierdziła beztrosko.
- No cóż, dużo się u nas zmieniło – oznajmiła Iza, biorąc jedną z kilku toreb. – Ale ty też jesteś nie do poznania. W końcu ładnych parę lat się nie widziałyśmy.
Marta wzięła pozostałą torbę i dołączyła do dziewczyn. One również niezmiernie się zmieniły. W końcu minęło tyle lat. Iza stała się teraz wysoką i niezwykle szczupłą dziewczyną, za to o uśmiechu małej dziewczynki, okalanym krótkimi, chłopięcymi kosmykami blond włosów, mieniącymi się słomkowym odcieniem.
Za to Daria była mało podobna do młodszej siostry. Elegancka, troszkę grubsza i minimalnie niższa od Izy, wydawała się być jej przeciwnością. Dłuższe, farbowane na ciemny mahoń włosy dodawały jej dziwnej ponurości, falując delikatnie i błyszcząc niezwykle w świetle słonecznym. Mogła spokojnie uchodzić za dziewczynę z reklamy szamponu do włosów.
Widać jednak było, że znakomicie się dogadują. Czy ona to samo mogła powiedzieć o swoich relacjach z Magdą? Nie do końca… zdarzają się sprzeczki, i to nie rzadko. I ciężko jest określić czyja to tak naprawdę wina…
- A Lucyna i Weronika? – odezwała się nagle.
Obie równocześnie obejrzały się na nią niemiło.
- Proszę cię – fuknęła Daria, ściszając głos. – Są teraz w takim wieku, że są nie do zniesienia. Potrafią łazić za tobą krok w krok i pytać się o takie głupoty… przekonasz się sama.
Położyły torby z boku w przedpokoju i obie siostry poprowadziły gościa do kuchni, gdzie ich matka kończyła właśnie przygotowywanie kanapek. Odwróciła się do tyłu i przywitała dziewczynę z serdecznym uśmiechem.
- Witamy w Sopocie, Martuniu – ucałowała ją potężnie w oba policzki.
- Dzień dobry. Strasznie się cieszę z waszego zaproszenia. Nic lepszego nie mogło mnie spotkać – usiadła przy stole, zakładając nogę na nogę. – Ostatnio nieciekawie się działo u mnie. Wszystko się już ustatkowało, ale… nie mogłabym tam wytrzymać.
- Słyszałyśmy jaką akcję odwalił Artur – odezwała się niepewnie Iza, stojąc w progu kuchni. – Ale… Andrzej długo coś nie wraca.
Marta spojrzała na nią i otworzyła buzię, nie wiedząc za bardzo jak to powiedzieć. Przecież to wszystko jest takie niedorzeczne! W to się nie da uwierzyć.
- Opowiem wam później, to wszystko… nadaje się na niezłą książkę, słowo! – uśmiechnęła się sztucznie, chciała sprawić wrażenie obojętnej na te problemy, które zostały daleko za nią. Niestety tak naprawdę one wszystkie wciąż towarzyszyły jej w myślach, płynęły jak po oceanie, co jakiś czas dobijając do brzegu jej umysłu, przypominając jej o sobie.
- Jak zjesz, to pójdziemy na plażę, poznam cię z moimi znajomymi, już im o tobie opowiadałam…
- Nie wstydzisz się przedstawiać jej tych pijaków? – odezwała się głośno starsza kobieta.
Marta spojrzała zaskoczona na Izę, krzywiąc się lekko. Dziewczyna jednak uśmiechnęła się do niej uspokajająco.
- Mama wciąż żyje jednym zdarzeniem, kiedy to w moje urodziny chłopaki trochę się upili i pod moim oknem śpiewali mi sto lat – powiedziała cicho.
- Nie wiem mamo czemu wciąż jesteś zła – odezwała się Daria. – Nawet dobrze im szło, jeśli wziąć pod uwagę to, że było to śpiewanie na kilka głosów.
Obie siostry zaśmiały się głośno.
- Te chłopaki nie wyjdą ci na dobre – kobieta machnęła w jej kierunku drewnianą łyżką.
- Nie martw się ciociu, ja ich sprawdzę, a jak trzeba będzie, to ich doprowadzę do porządku – Marta mrugnęła okiem do Izy.
- Tobie też zawrócą w głowie, zobaczysz – mruknęła kobieta. – Iza bez nich dnia nie wysiedzi.
- Oj mamo, przesadzasz – dziewczyna zaczerwieniła się. Wystawiła język i zrobiła śmieszną minę do kuzynki.
Marta odwróciła głowę w bok i spojrzała w okno. Tyle lat nie była w Sopocie, jak dotąd nic się tu nie zmieniło, wszystkie ulice które mijała były takie, jakie je zostawiła jak stąd wyjeżdżała. Czy uda jej się wpasować wspomnienia w panującą tu teraz atmosferę? Czy uda jej się wymazać z tych wspomnień Adama? Na pewno nie szybko, z czasem… Zbyt dużo tego czasu będzie potrzebować. Ale może jeśli wkomponuje się w znajomych Izy, to jakoś ucieknie od przeszłości?
*
Dziewczyny siadły na piasku, patrząc na zachód słońca. Horyzont robił się coraz bardziej pomarańczowy, roztaczając swoją barwę coraz obszernym łukiem.
- Brakowało mi tego cholernie – odezwała się Marta. – Choć z drugiej strony… zwykle siedziałam tak tylko z Andrzejem…
- Zaskoczyłaś mnie tą historią – Iza pokręciła na boki głową, na wspomnienie opowieści dziewczyny. – Takie rzeczy nie dzieją się na co dzień… A to wszystko, co od ciebie dziś usłyszałam… Normalnie serial! – spojrzała na nią. Marta wystawiła twarz do przodu, chcąc oddać się ostatnim promieniom słońca.
- Są chwile, kiedy chciałabym, żeby to wszystko się nie wydarzyło. Żeby Andrzej i Artur nie przyjeżdżali… Żeby Daniel i Adam nie pojawiał się w moim życiu… Ale wydaje mi się, że tak po prostu chciało przeznaczenie – mówiła cicho i spokojnie, jakby czytała wiersz. – Nikt z nich nie był do tej pory tym jedynym…
- Nawet… Adam? O nim opowiedziałaś mi najwięcej, to z nim tak naprawdę byłaś. Marta, nie oszukuj sama siebie – powiedziała stanowczo. – Zobaczysz, ktokolwiek nie pojawi się na twojej drodze, ty i tak myślami będziesz wracać do Adama… Wciąż i wciąż…
Nagle z tyłu doszły je kobiece krzyki. Iza obejrzała się do tyłu i pomachała komuś wesoło. Po chwili dołączyły do nich cztery dziewczyny. Opadły gwałtownie na miękki piasek, zmęczone ściganiem się na dół. Wszystkie równo oddychały głęboko.
- Tak, a to są moje wariatki, poznaj je. Iwona, Kinga, Eliza i Michalina – wszystkie machnęły jej niedbale, wciąż nie mogąc złapać tchu. – A to jest właśnie Marta. Hej… A gdzie zgubiłyście chłopaków?
Kinga odetchnęła głośno i przewróciła się na plecy.
- Uciekłyśmy im. Oni zaraz dojdą, widziałaś kiedyś, żeby biegli trzymając otwarte puszki z piwem? – mruknęła.
Zaśmiały się głośno. Marta czuła, że koleżanki Izy są sympatyczne i nie będzie miała problemów z zaprzyjaźnieniem się z nimi.
- Słyszałyście coś? – spytała Kinga podnosząc głowę z piasku. – O nie, patrzcie na tych baranów, wiedziałam że coś kombinują! – wskazała palcem za głowami Izy i Marty.
Obie obróciły się i patrzyły, jak grupka chłopaków powoli schodzi po piaszczystym zboczu, trzymając w rękach po puszce piwa, a w buzi po róży. Wyjęli kwiaty i zaczęli nimi wymachiwać, próbując śpiewać jakąś piosenkę.
- Jej piękne czarne oczy, śnią się… - chłopak, który starał się złapać rytm o mało co nie wywrócił się, kiedy dopadła go ostra czkawka.
- Powiedzcie mi, czemu oni tak usilnie chcą nam pokazać jak bardzo nie wychodzi im śpiewanie? – mruknęła Michalina.
Marta położyła się, podpierając się na łokciach. Nie chciała już obserwować wygłupów chłopaków. Miała nadzieję, że to tylko taki popis na przywitanie. Z jednej strony była przyzwyczajona do dorosłych osób, zachowujących się poważnie. Choć nie ukrywała, że z chęcią na czas pobytu u Izy zapomni się i poczuje znowu smak szaleństwa, zapomni o tym, co dotąd ją spotkało. Będzie udawać, jakby tego nigdy nie było. Jakby od zawsze była tutaj, szczęśliwa, zwariowana… niedojrzała.
Chłopaki wreszcie stanęli przy dziewczynach. Spojrzeli zaciekawieni na Martę i otoczyli ją. Klęknęli na jedno kolano i wyciągnęli do niej kwiaty.
- Jesteśmy zaszczyceni, że możemy cię poznać. Jestem Krzysiek – powiedział chłopak niezwykle poważnie i poetycko.
- Konrad.
- Damian.
- Adrian.
Marta zachichotała rozbawiona ich udawaną romantycznością. Wzięła wystawione w jej stronę kwiaty i położyła obok siebie. Oni widocznie na coś czekali, bo trwali w takiej samej pozie bez słowa.
- Dziękuję, spocznijcie – odezwała się w końcu. Skryta za ciemnymi szybkami okularów mogła przelotnie spojrzeć na pozostałe dziewczyny. Uśmiechały się sztucznie, patrząc na kolegów, widocznie lekko zazdrosne o tak niezwykłe przyjęcie.
Chłopaki usiedli i zajęli się piciem piwa.
- Kogo to był pomysł z tymi kwiatami? – spytała Eliza.
- Adriana – mruknął Konrad, zapalając papierosa. W ostatniej chwili wyciągnął paczkę w stronę dziewczyn, chętny poczęstować. – Ja od początku mówiłem, żeby wjechać na plażę na osiołku – dodał, chowając paczkę do kieszeni na piersi swojej hawajskiej koszuli.
- Ale po co? – odezwała się Marta. – Cztery osiołki w zupełności wystarczą.
Chłopaki spojrzeli na nią z otwartymi buziami, nie rozumiejąc do końca. Dziewczyny wybuchnęły głośnym śmiechem, jeszcze bardziej tym rozbawione. Chłopakom się to najwyraźniej nie spodobało, że zostali wyśmiani, a nawet nie wiedzieli za co.
- Iza, kiedy twoja kuzynka wyjeżdża? – odezwał się Adrian i uniósł do góry głowę, demonstrując swoją urażoną minę.
- Uważaj lepiej. Marta ma za sobą pracę na posterunku policji. Wie jak się obchodzić z bronią – ostrzegła kolegę.
- Mmmm – zamruczał Krzysiek, patrząc uwodzicielsko na dziewczynę. – Zawsze pociągały mnie ostre laski.
- Taka ze mnie policyjna laska, jak z was romantyczni amanci na osiołkach – powiedziała, z zadowoloną miną patrząc w stronę dziewczyn. Wszystkie usatysfakcjonowane patrzyły na zatkanych kolegów.
- Maleńka, zaraz cię zresetuje. Cholera, nikt po nas tyle razy nie pojechał co ona w przeciągu dwudziestu minut! – krzyknął zrozpaczonym głosem Konrad.
Dziewczyny już nie mogły wytrzymać i zaczęły się pokładać ze śmiechu, obserwując tą słowną potyczkę między chłopakami i dziewczyną.
Marta ruchem głowy odgarnęła włosy i przelotnie spojrzała na Damiana, który do tej pory się nie odzywał. Dopiero teraz zauważyła, że chłopak śmieje się z kolegów, ale patrzy prosto na nią, widocznie mile zaskoczony nowym członkiem ich paczki i tym, jak szybko rozprawiła się z poufałością kolegów.
Zdjęła okulary i spojrzała na niego, przekrzywiając lekko głowę. Jego kruczoczarne włosy skupiały na sobie promienie słońca. Dłuższe, proste i zaczesane do przodu. Wyglądało to przyjemnie i oryginalnie. I doskonale kontrastowało z jego czarnymi oczami, kryjącymi jakąś tajemniczą głębię.
- Widzę, że ty nie solidaryzujesz się z kolegami? – spytała, przebijając się przez śmiech koleżanek.
- Nie. Ja nie byłem ani za osiołkami, ani za kwiatami w buzi. A już w szczególności za „czarnymi oczami” w naszym wykonaniu – powiedział cicho. – Ale głupio mi się było tak od nich odróżniać. Bo ja wiem, czy zasłużyłaś na takie szczególne powitanie?
Marta otworzyła buzię, by coś powiedzieć, ale ostatecznie tego nie zrobiła, ponieważ… zatkało ją lekko!
- No, weź mu coś powiedz, bo to miłe nie było – odezwał się Krzysiek, szturchając ją lekko łokciem w ramię.
Dziewczyna spojrzała na niego lekko złowrogo.
Damian pokręcił delikatnie głową i uśmiechnął się do Marty, jakby chciał jej tym samym przekazać, że to był tylko drobny rewanż za kolegów, bo sami nie umieli się obronić. Dziewczyna niepewnie odwzajemniła uśmiech.
- Idę się odlać – oznajmił, wstając.
- Tak, najlepszy tekst, by dobrze wypaść przy gościu – powiedział Adrian, również wstając. – Potowarzyszę ci…
- Nawet nie chcę wiedzieć w jaki sposób oni sobie w tym towarzyszą – odezwała się Iwona i wszystkie naraz zaczęły się śmiać.
- Przepraszam bardzo, to wy zawsze macie zwyczaj chodzić wszystkie razem do łazienki, jakbyście się bały – wymamrotał niemiło Konrad.
Marta spojrzała przelotnie na dziewczyny. Nie ucieszyła jej mina Elizy, która patrzyła na nią z zaciśniętymi ustami, jakby chciała coś powiedzieć, ale powstrzymywała się. Sama Marta nie chciała jej do tego zachęcać. Widocznie była zazdrosna o takie zainteresowanie nią kolegów.
- Dobra, koniec żartów – wymamrotał Konrad, chcąc stłumić beknięcie, ale ostatecznie wyrwało mu się niezwykle głośno. – Najmocniej przepraszam… - szybko obrócił głowę w stronę Marty i spojrzał na nią błagalnie. – Mam nadzieję, że przyjechałaś tu wolna i chętna do zawarcia nowych związków? Oferuję ci nowy model Konrados – wskazał dłonią na swoje ciało. – Umięśniony, odważny…
Marta spoważniała, chcąc się uśmiechnąć lekko, ale trochę krzywo jej to wyszło.
- Na długi czas nie mam zamiaru zawierać żadnego nowego związku – oznajmiła. – Jakby to powiedzieć… Za bardzo byłam raniona przez miłość.
Wszyscy ucichli, nie wiedząc co powiedzieć. Nagle przybiegli Damian i Adrian, siadając tak gwałtownie, że obsypali kolegów piachem.
- Co macie takie smutne ryje? – odezwał się Damian. – I buźki! – to mówiąc uśmiechnął się promiennie do koleżanek.
- Marta długo jeszcze nie będzie zawierać nowego związku, bo za bardzo była raniona przez miłość – szepnął mu do ucha Krzysiek.
Chłopak spojrzał poważnie na dziewczynę, która nie wiedziała, czy się uśmiechać, robiąc dobrą minę do złej gry, czy może otwarcie pokazać swój smutek, który wciąż był świeży.
- Byłaś raniona przez niedojrzałych dupków – syknął. – Nie zwalaj winy na miłość.
- Łooooł! A on od kiedy taki romantyczny? – spytał zaskoczony Adrian.
- Odwal się baranie – syknął, odwracając głowę w drugą stronę. – Robi się zimno, idziemy do pubu? – to mówiąc wstał i ruszył w stronę piaszczystego wzgórza.
- Co go ugryzło? – zdziwiła się Michalina.
- Wiesz… Damian nie lubi jak ktoś się źle wypowiada o miłości – powiedział cicho Konrad, przykładając sobie rękę do piersi.
- Spieprzaj od niego! – syknęła Eliza, wstając i ruszając w stronę odchodzącego chłopaka.
Pozostali też zaczęli się podnosić i otrzepywać z piasku.
- I potrzebne nam to było? – mruknął Krzysiek, przeciągając się mocno. Spojrzał na Martę, widząc, że nie była zbyt ciepło ubrana. Podszedł do niej i otoczył ją ramieniem, prowadząc ze sobą. – Chodź maleńka, teraz cię upijemy i zobaczymy, jak umiesz śpiewać.
Dziewczyna spojrzała na niego z dołu. Musiała przyznać, że koledzy Izy byli uroczy. Był to pierwszy dzień ich znajomości, a jej już się spodobało, bo z tymi ludźmi raczej nudzić się nie będzie.
Tylko co ugryzło tego chłopaka? Czemu się tak obruszył? Nie ukrywała, że był niezwykle przystojny i chętnie by się z nim poznała bliżej. Może Iza nie będzie mieć jej tego za złe…
Czy ona przypadkiem nie chce się nim posłużyć, żeby zapomnieć o Adamie? Nie, to nie to… po prostu naiwnie wierzyła w to, że może jeszcze poczuć do kogoś coś wielkiego. Tak wielkiego, jak to, co wciąż czuje do Adama.
- Poradzicie sobie? Ja jestem spóźniony i musze jechać – powiedział chłopak, mając lekkie poczucie winy.
- Grzesiek, dziewczyny mi pomogą, dzięki że mnie przywiozłeś – Marta podkreśliła swoje podziękowania promiennym i szerokim uśmiechem.
Chłopak wycelował do niej groźnie palcem.
- Powiedzmy, że ci wierzę – syknął. – Ale za to będziesz musiała spróbować wieczorem pizzy w moim wykonaniu.
- Skoro karzesz – mruknęła smutno, podnosząc do góry ręce w geście poddania się.
Iza i Daria zaśmiały się razem z nią, patrząc na brata kręcącego głową. Machnął niedbale ręką i szybko wsiadł do samochodu, ruszając gwałtownie z chodnika. Marta patrzyła na oddalający się samochód, z przerażeniem zdając sobie sprawę, z jakim wariatem drogowym jechała przed chwilą.
- Grzesiek jest szalony – stwierdziła beztrosko.
- No cóż, dużo się u nas zmieniło – oznajmiła Iza, biorąc jedną z kilku toreb. – Ale ty też jesteś nie do poznania. W końcu ładnych parę lat się nie widziałyśmy.
Marta wzięła pozostałą torbę i dołączyła do dziewczyn. One również niezmiernie się zmieniły. W końcu minęło tyle lat. Iza stała się teraz wysoką i niezwykle szczupłą dziewczyną, za to o uśmiechu małej dziewczynki, okalanym krótkimi, chłopięcymi kosmykami blond włosów, mieniącymi się słomkowym odcieniem.
Za to Daria była mało podobna do młodszej siostry. Elegancka, troszkę grubsza i minimalnie niższa od Izy, wydawała się być jej przeciwnością. Dłuższe, farbowane na ciemny mahoń włosy dodawały jej dziwnej ponurości, falując delikatnie i błyszcząc niezwykle w świetle słonecznym. Mogła spokojnie uchodzić za dziewczynę z reklamy szamponu do włosów.
Widać jednak było, że znakomicie się dogadują. Czy ona to samo mogła powiedzieć o swoich relacjach z Magdą? Nie do końca… zdarzają się sprzeczki, i to nie rzadko. I ciężko jest określić czyja to tak naprawdę wina…
- A Lucyna i Weronika? – odezwała się nagle.
Obie równocześnie obejrzały się na nią niemiło.
- Proszę cię – fuknęła Daria, ściszając głos. – Są teraz w takim wieku, że są nie do zniesienia. Potrafią łazić za tobą krok w krok i pytać się o takie głupoty… przekonasz się sama.
Położyły torby z boku w przedpokoju i obie siostry poprowadziły gościa do kuchni, gdzie ich matka kończyła właśnie przygotowywanie kanapek. Odwróciła się do tyłu i przywitała dziewczynę z serdecznym uśmiechem.
- Witamy w Sopocie, Martuniu – ucałowała ją potężnie w oba policzki.
- Dzień dobry. Strasznie się cieszę z waszego zaproszenia. Nic lepszego nie mogło mnie spotkać – usiadła przy stole, zakładając nogę na nogę. – Ostatnio nieciekawie się działo u mnie. Wszystko się już ustatkowało, ale… nie mogłabym tam wytrzymać.
- Słyszałyśmy jaką akcję odwalił Artur – odezwała się niepewnie Iza, stojąc w progu kuchni. – Ale… Andrzej długo coś nie wraca.
Marta spojrzała na nią i otworzyła buzię, nie wiedząc za bardzo jak to powiedzieć. Przecież to wszystko jest takie niedorzeczne! W to się nie da uwierzyć.
- Opowiem wam później, to wszystko… nadaje się na niezłą książkę, słowo! – uśmiechnęła się sztucznie, chciała sprawić wrażenie obojętnej na te problemy, które zostały daleko za nią. Niestety tak naprawdę one wszystkie wciąż towarzyszyły jej w myślach, płynęły jak po oceanie, co jakiś czas dobijając do brzegu jej umysłu, przypominając jej o sobie.
- Jak zjesz, to pójdziemy na plażę, poznam cię z moimi znajomymi, już im o tobie opowiadałam…
- Nie wstydzisz się przedstawiać jej tych pijaków? – odezwała się głośno starsza kobieta.
Marta spojrzała zaskoczona na Izę, krzywiąc się lekko. Dziewczyna jednak uśmiechnęła się do niej uspokajająco.
- Mama wciąż żyje jednym zdarzeniem, kiedy to w moje urodziny chłopaki trochę się upili i pod moim oknem śpiewali mi sto lat – powiedziała cicho.
- Nie wiem mamo czemu wciąż jesteś zła – odezwała się Daria. – Nawet dobrze im szło, jeśli wziąć pod uwagę to, że było to śpiewanie na kilka głosów.
Obie siostry zaśmiały się głośno.
- Te chłopaki nie wyjdą ci na dobre – kobieta machnęła w jej kierunku drewnianą łyżką.
- Nie martw się ciociu, ja ich sprawdzę, a jak trzeba będzie, to ich doprowadzę do porządku – Marta mrugnęła okiem do Izy.
- Tobie też zawrócą w głowie, zobaczysz – mruknęła kobieta. – Iza bez nich dnia nie wysiedzi.
- Oj mamo, przesadzasz – dziewczyna zaczerwieniła się. Wystawiła język i zrobiła śmieszną minę do kuzynki.
Marta odwróciła głowę w bok i spojrzała w okno. Tyle lat nie była w Sopocie, jak dotąd nic się tu nie zmieniło, wszystkie ulice które mijała były takie, jakie je zostawiła jak stąd wyjeżdżała. Czy uda jej się wpasować wspomnienia w panującą tu teraz atmosferę? Czy uda jej się wymazać z tych wspomnień Adama? Na pewno nie szybko, z czasem… Zbyt dużo tego czasu będzie potrzebować. Ale może jeśli wkomponuje się w znajomych Izy, to jakoś ucieknie od przeszłości?
*
Dziewczyny siadły na piasku, patrząc na zachód słońca. Horyzont robił się coraz bardziej pomarańczowy, roztaczając swoją barwę coraz obszernym łukiem.
- Brakowało mi tego cholernie – odezwała się Marta. – Choć z drugiej strony… zwykle siedziałam tak tylko z Andrzejem…
- Zaskoczyłaś mnie tą historią – Iza pokręciła na boki głową, na wspomnienie opowieści dziewczyny. – Takie rzeczy nie dzieją się na co dzień… A to wszystko, co od ciebie dziś usłyszałam… Normalnie serial! – spojrzała na nią. Marta wystawiła twarz do przodu, chcąc oddać się ostatnim promieniom słońca.
- Są chwile, kiedy chciałabym, żeby to wszystko się nie wydarzyło. Żeby Andrzej i Artur nie przyjeżdżali… Żeby Daniel i Adam nie pojawiał się w moim życiu… Ale wydaje mi się, że tak po prostu chciało przeznaczenie – mówiła cicho i spokojnie, jakby czytała wiersz. – Nikt z nich nie był do tej pory tym jedynym…
- Nawet… Adam? O nim opowiedziałaś mi najwięcej, to z nim tak naprawdę byłaś. Marta, nie oszukuj sama siebie – powiedziała stanowczo. – Zobaczysz, ktokolwiek nie pojawi się na twojej drodze, ty i tak myślami będziesz wracać do Adama… Wciąż i wciąż…
Nagle z tyłu doszły je kobiece krzyki. Iza obejrzała się do tyłu i pomachała komuś wesoło. Po chwili dołączyły do nich cztery dziewczyny. Opadły gwałtownie na miękki piasek, zmęczone ściganiem się na dół. Wszystkie równo oddychały głęboko.
- Tak, a to są moje wariatki, poznaj je. Iwona, Kinga, Eliza i Michalina – wszystkie machnęły jej niedbale, wciąż nie mogąc złapać tchu. – A to jest właśnie Marta. Hej… A gdzie zgubiłyście chłopaków?
Kinga odetchnęła głośno i przewróciła się na plecy.
- Uciekłyśmy im. Oni zaraz dojdą, widziałaś kiedyś, żeby biegli trzymając otwarte puszki z piwem? – mruknęła.
Zaśmiały się głośno. Marta czuła, że koleżanki Izy są sympatyczne i nie będzie miała problemów z zaprzyjaźnieniem się z nimi.
- Słyszałyście coś? – spytała Kinga podnosząc głowę z piasku. – O nie, patrzcie na tych baranów, wiedziałam że coś kombinują! – wskazała palcem za głowami Izy i Marty.
Obie obróciły się i patrzyły, jak grupka chłopaków powoli schodzi po piaszczystym zboczu, trzymając w rękach po puszce piwa, a w buzi po róży. Wyjęli kwiaty i zaczęli nimi wymachiwać, próbując śpiewać jakąś piosenkę.
- Jej piękne czarne oczy, śnią się… - chłopak, który starał się złapać rytm o mało co nie wywrócił się, kiedy dopadła go ostra czkawka.
- Powiedzcie mi, czemu oni tak usilnie chcą nam pokazać jak bardzo nie wychodzi im śpiewanie? – mruknęła Michalina.
Marta położyła się, podpierając się na łokciach. Nie chciała już obserwować wygłupów chłopaków. Miała nadzieję, że to tylko taki popis na przywitanie. Z jednej strony była przyzwyczajona do dorosłych osób, zachowujących się poważnie. Choć nie ukrywała, że z chęcią na czas pobytu u Izy zapomni się i poczuje znowu smak szaleństwa, zapomni o tym, co dotąd ją spotkało. Będzie udawać, jakby tego nigdy nie było. Jakby od zawsze była tutaj, szczęśliwa, zwariowana… niedojrzała.
Chłopaki wreszcie stanęli przy dziewczynach. Spojrzeli zaciekawieni na Martę i otoczyli ją. Klęknęli na jedno kolano i wyciągnęli do niej kwiaty.
- Jesteśmy zaszczyceni, że możemy cię poznać. Jestem Krzysiek – powiedział chłopak niezwykle poważnie i poetycko.
- Konrad.
- Damian.
- Adrian.
Marta zachichotała rozbawiona ich udawaną romantycznością. Wzięła wystawione w jej stronę kwiaty i położyła obok siebie. Oni widocznie na coś czekali, bo trwali w takiej samej pozie bez słowa.
- Dziękuję, spocznijcie – odezwała się w końcu. Skryta za ciemnymi szybkami okularów mogła przelotnie spojrzeć na pozostałe dziewczyny. Uśmiechały się sztucznie, patrząc na kolegów, widocznie lekko zazdrosne o tak niezwykłe przyjęcie.
Chłopaki usiedli i zajęli się piciem piwa.
- Kogo to był pomysł z tymi kwiatami? – spytała Eliza.
- Adriana – mruknął Konrad, zapalając papierosa. W ostatniej chwili wyciągnął paczkę w stronę dziewczyn, chętny poczęstować. – Ja od początku mówiłem, żeby wjechać na plażę na osiołku – dodał, chowając paczkę do kieszeni na piersi swojej hawajskiej koszuli.
- Ale po co? – odezwała się Marta. – Cztery osiołki w zupełności wystarczą.
Chłopaki spojrzeli na nią z otwartymi buziami, nie rozumiejąc do końca. Dziewczyny wybuchnęły głośnym śmiechem, jeszcze bardziej tym rozbawione. Chłopakom się to najwyraźniej nie spodobało, że zostali wyśmiani, a nawet nie wiedzieli za co.
- Iza, kiedy twoja kuzynka wyjeżdża? – odezwał się Adrian i uniósł do góry głowę, demonstrując swoją urażoną minę.
- Uważaj lepiej. Marta ma za sobą pracę na posterunku policji. Wie jak się obchodzić z bronią – ostrzegła kolegę.
- Mmmm – zamruczał Krzysiek, patrząc uwodzicielsko na dziewczynę. – Zawsze pociągały mnie ostre laski.
- Taka ze mnie policyjna laska, jak z was romantyczni amanci na osiołkach – powiedziała, z zadowoloną miną patrząc w stronę dziewczyn. Wszystkie usatysfakcjonowane patrzyły na zatkanych kolegów.
- Maleńka, zaraz cię zresetuje. Cholera, nikt po nas tyle razy nie pojechał co ona w przeciągu dwudziestu minut! – krzyknął zrozpaczonym głosem Konrad.
Dziewczyny już nie mogły wytrzymać i zaczęły się pokładać ze śmiechu, obserwując tą słowną potyczkę między chłopakami i dziewczyną.
Marta ruchem głowy odgarnęła włosy i przelotnie spojrzała na Damiana, który do tej pory się nie odzywał. Dopiero teraz zauważyła, że chłopak śmieje się z kolegów, ale patrzy prosto na nią, widocznie mile zaskoczony nowym członkiem ich paczki i tym, jak szybko rozprawiła się z poufałością kolegów.
Zdjęła okulary i spojrzała na niego, przekrzywiając lekko głowę. Jego kruczoczarne włosy skupiały na sobie promienie słońca. Dłuższe, proste i zaczesane do przodu. Wyglądało to przyjemnie i oryginalnie. I doskonale kontrastowało z jego czarnymi oczami, kryjącymi jakąś tajemniczą głębię.
- Widzę, że ty nie solidaryzujesz się z kolegami? – spytała, przebijając się przez śmiech koleżanek.
- Nie. Ja nie byłem ani za osiołkami, ani za kwiatami w buzi. A już w szczególności za „czarnymi oczami” w naszym wykonaniu – powiedział cicho. – Ale głupio mi się było tak od nich odróżniać. Bo ja wiem, czy zasłużyłaś na takie szczególne powitanie?
Marta otworzyła buzię, by coś powiedzieć, ale ostatecznie tego nie zrobiła, ponieważ… zatkało ją lekko!
- No, weź mu coś powiedz, bo to miłe nie było – odezwał się Krzysiek, szturchając ją lekko łokciem w ramię.
Dziewczyna spojrzała na niego lekko złowrogo.
Damian pokręcił delikatnie głową i uśmiechnął się do Marty, jakby chciał jej tym samym przekazać, że to był tylko drobny rewanż za kolegów, bo sami nie umieli się obronić. Dziewczyna niepewnie odwzajemniła uśmiech.
- Idę się odlać – oznajmił, wstając.
- Tak, najlepszy tekst, by dobrze wypaść przy gościu – powiedział Adrian, również wstając. – Potowarzyszę ci…
- Nawet nie chcę wiedzieć w jaki sposób oni sobie w tym towarzyszą – odezwała się Iwona i wszystkie naraz zaczęły się śmiać.
- Przepraszam bardzo, to wy zawsze macie zwyczaj chodzić wszystkie razem do łazienki, jakbyście się bały – wymamrotał niemiło Konrad.
Marta spojrzała przelotnie na dziewczyny. Nie ucieszyła jej mina Elizy, która patrzyła na nią z zaciśniętymi ustami, jakby chciała coś powiedzieć, ale powstrzymywała się. Sama Marta nie chciała jej do tego zachęcać. Widocznie była zazdrosna o takie zainteresowanie nią kolegów.
- Dobra, koniec żartów – wymamrotał Konrad, chcąc stłumić beknięcie, ale ostatecznie wyrwało mu się niezwykle głośno. – Najmocniej przepraszam… - szybko obrócił głowę w stronę Marty i spojrzał na nią błagalnie. – Mam nadzieję, że przyjechałaś tu wolna i chętna do zawarcia nowych związków? Oferuję ci nowy model Konrados – wskazał dłonią na swoje ciało. – Umięśniony, odważny…
Marta spoważniała, chcąc się uśmiechnąć lekko, ale trochę krzywo jej to wyszło.
- Na długi czas nie mam zamiaru zawierać żadnego nowego związku – oznajmiła. – Jakby to powiedzieć… Za bardzo byłam raniona przez miłość.
Wszyscy ucichli, nie wiedząc co powiedzieć. Nagle przybiegli Damian i Adrian, siadając tak gwałtownie, że obsypali kolegów piachem.
- Co macie takie smutne ryje? – odezwał się Damian. – I buźki! – to mówiąc uśmiechnął się promiennie do koleżanek.
- Marta długo jeszcze nie będzie zawierać nowego związku, bo za bardzo była raniona przez miłość – szepnął mu do ucha Krzysiek.
Chłopak spojrzał poważnie na dziewczynę, która nie wiedziała, czy się uśmiechać, robiąc dobrą minę do złej gry, czy może otwarcie pokazać swój smutek, który wciąż był świeży.
- Byłaś raniona przez niedojrzałych dupków – syknął. – Nie zwalaj winy na miłość.
- Łooooł! A on od kiedy taki romantyczny? – spytał zaskoczony Adrian.
- Odwal się baranie – syknął, odwracając głowę w drugą stronę. – Robi się zimno, idziemy do pubu? – to mówiąc wstał i ruszył w stronę piaszczystego wzgórza.
- Co go ugryzło? – zdziwiła się Michalina.
- Wiesz… Damian nie lubi jak ktoś się źle wypowiada o miłości – powiedział cicho Konrad, przykładając sobie rękę do piersi.
- Spieprzaj od niego! – syknęła Eliza, wstając i ruszając w stronę odchodzącego chłopaka.
Pozostali też zaczęli się podnosić i otrzepywać z piasku.
- I potrzebne nam to było? – mruknął Krzysiek, przeciągając się mocno. Spojrzał na Martę, widząc, że nie była zbyt ciepło ubrana. Podszedł do niej i otoczył ją ramieniem, prowadząc ze sobą. – Chodź maleńka, teraz cię upijemy i zobaczymy, jak umiesz śpiewać.
Dziewczyna spojrzała na niego z dołu. Musiała przyznać, że koledzy Izy byli uroczy. Był to pierwszy dzień ich znajomości, a jej już się spodobało, bo z tymi ludźmi raczej nudzić się nie będzie.
Tylko co ugryzło tego chłopaka? Czemu się tak obruszył? Nie ukrywała, że był niezwykle przystojny i chętnie by się z nim poznała bliżej. Może Iza nie będzie mieć jej tego za złe…
Czy ona przypadkiem nie chce się nim posłużyć, żeby zapomnieć o Adamie? Nie, to nie to… po prostu naiwnie wierzyła w to, że może jeszcze poczuć do kogoś coś wielkiego. Tak wielkiego, jak to, co wciąż czuje do Adama.
środa, 5 września 2007
Rozdział 30
Słońce w jednej chwili wyszło zza chmury, a cień który spowijał świat powoli przesuwał się w stronę horyzontu, ustępując miejsca światłu. Marta wynoszona przez kolegów opuściła właśnie szkołę, krzycząc na chłopaków niezadowolona.
- Puścicie mnie wreszcie? – mówiła niezadowolona, nie bardzo zadowolona z ich wygłupów. – Chyba że mnie zaniesiecie do domu.
- Oj Martuś, co ty taka sztywna? Miałaś wielkie wyjście – powiedział jeden z kolegów.
Postawili ją na ziemi obok ławki w cieniu drzewa. Marta z obrażoną miną poprawiła sobie spodnie, poprawiła kołnierzyk białej koszuli i spojrzała na nich niemiło. Chciała odejść, ale właśnie obok pojawiła się Julita.
- Ale pamiętasz, że jutro się widzimy w pubie? – zatrzymała ją, wyjmując z torebki paczkę papierosów.
- Ale ja jutro wyjeżdżam – oznajmiła, siadając z nią na ławce. – Wakacje się dopiero zaczęły, ale ja muszę stąd uciec jak najszybciej, bo zwariuję.
Dziewczyna zaciągnęła się mocno i spojrzała na koleżankę.
- Kurwa… kto by pomyślał, że Daniel…
- Julita! – przerwała jej. – Nie kończ. Nie chcę o tym rozmawiać, bo każde wspomnienie tego faktu jest dla mnie wciąż bolesne. Jadę do Izy, pożyć trochę innym życiem, udawać, że mam to wszystko gdzieś… Że nic się tutaj złego nie wydarzyło – patrzyła, na kolegów, którzy trzymali w ręku zwinięte w ruloniki świadectwa i mierzyli do siebie, udając, że się biją.
- To pewnie nie prędko wrócisz – powiedziała Julita niczym do siebie. – No ale nie zapomnij się odezwać, jak będziesz już z powrotem w Warszawie – rzuciła spalonego papierosa na ziemię i przydeptała go butem. – Mój brat chyba już podjechał, podwieźć cię do domu?
- Byłoby super – odpowiedziała, wstając za koleżanką.
Chłopak w czerwonym seacie przeraźliwie trąbił, chcąc pośpieszyć siostrę. Ta tylko zmierzyła go morderczym spojrzeniem, ani myśląc biec do samochodu.
- Cholera, dobrze wiesz, że się spieszę na trening – wymamrotał z pretensjami, witając się z Martą, unosząc głowę do góry w jej kierunku.
- Braciszku, nie spóźnisz się – powiedziała, ujmując jego głowę w obie dłonie i całując ją mocno, co nie za bardzo ucieszyło chłopaka.
- Poczekaj aż Marta wysiądzie – mruknął, grożąc jej palcem.
Dziewczyna siedząca z tyłu przez całą drogę słuchała ich przekomarzania się. Wolała się nie przyłączać, zauważyła że chłopak zaczynał być już powoli naprawdę zdenerwowany, a ona chciała dojechać do domu, a nie zostać zostawioną daleko od domu, skazaną na samotny powrót.
Wysiadając z samochodu przed swoim domem, wciąż patrzyła na nich ze śmiechem. Chłopak pożegnał się z nią miło, po czym znów powrócił do kłótni z siostrą, która miała z niego niezły ubaw.
Przystanęła nagle, widząc podjeżdżający samochód Moniki. Marta zauważyła swoją przyjaciółkę siedzącą na miejscu pasażera i machającą do niej radośnie. Kobieta wysiadła z podejrzanym uśmieszkiem.
- Co ty tu robisz? – ucieszyła się dziewczyna.
- Zostałam zaproszona na uroczysty obiad, będący jednocześnie uroczystym pożegnaniem takiej jednej smarkuli, która wyjeżdża na wakacje – oznajmiła, przytulając ją nagle do siebie.
- A Darek nie zostaje? – spytała wyrywając jej się i patrząc, jak chłopak wykręca powoli samochodem.
- Mój mąż? – mruknęła Monika z ironią, idąc z razem z dziewczyną do środka. – Proszę cię, on nigdy na nic nie ma czasu. Muszę z nim porozmawiać, bo któregoś dnia w końcu zwariuję.
Ledwo otworzyły drzwi, a poczuły zachęcający i apetyczny zapach mięsa smażonego na grillu. Obie spojrzały na siebie niezwykle zadowolone.
Z kuchni wyszła Magda.
- Cześć laski – przywitała je miło. – Mamy wspaniałą pogodę, jakby wszyscy cieszyli się, że wreszcie odpoczniemy od Marty.
Dziewczyna wycelowała w siostrę palcem z niemiłą miną.
- A żebyś się nie zdziwiła jak już w ogóle nie wrócę – syknęła.
- Oj młoda, przecież żartuję – jęknęła i nachyliła się nad nią. – Jeśli chcesz sobie poprawić humor, to idź na ogródek, zobacz jak Robert by wyglądał jako kucharz – szepnęła.
Marta obejrzała się na Monikę, mrużąc brwi, nic nie rozumiejąc. Ale obie z ciekawości udały się tam, zostawiając po drodze rzeczy w kuchni.
Obie myślały, że pękną ze śmiechu, widząc chłopaka. Stał nad grillem, jedną rękę trzymając w kieszeni, a drugą przekręcając leniwie mięso. W kąciku ust trzymał papierosa, który jeszcze chwila, a wypadł by mu na ziemię. Jednak najbardziej gustownie wyglądała czapka na jego głowie – duża, kucharska, zabawnie przekrzywiona.
- Cześć dziewczyny, też się cieszę, że was widzę – mruknął, bojąc się, żeby jego papieros nie wypadł mu z buzi.
- To ja może skoczę po aparat, bo zapowiada się miłe popołudnie – odezwała się Magda, wychodząc z kuchni z salaterką z sałatką. – Nikt jeszcze nie ma małych dzieci i nie śpieszy się do domu – mruknęła, patrząc wymownie spode łba na Monikę.
- Już ty się o mnie nie martw, przyjdzie czas i na dzidziusia – powiedziała, siadając przy stole, wpatrując się w kolorową i pachnącą sałatkę.
W tym momencie w progu drzwi stanął Adam, spojrzał poważnie na wszystkich, zdejmując czapkę z głowy.
- Co ty tak po służbowemu? – zdziwił się Robert. – Nie mów że nie siądziesz nawet z nami?
- Nie no, oczywiście że siądę – oznajmił ponuro. – Dopiero co wróciłem ze służby, zaraz się przebiorę.
Marta spojrzała na niego zaniepokojona. Dziwnie wyglądał, był podejrzanie poważny.
- Adam… wszystko w porządku? – spytała niepewnie.
- Chciałem wam zakomunikować, że również wyjeżdżam. Do Wrocławia, będę prowadzić jedną sprawę.
- Ale… tak nagle? – spytała podejrzliwie Magda, rozkładając sztućce na stole.
- Nie, tak naprawdę, to już za długo rozważałem tą ewentualność. Pociąg mam wcześnie rano, więc może dołączę do tego przyjęcia także z moim pożegnaniem – mężczyzna mówił nadzwyczajnie spokojnie i smutno, unosząc co chwila brwi do góry, jakby chciał dodać na siłę swojej twarzy trochę pogodności.
- A więc miłego wyjazdu – syknęła Marta, wstając i mamrocząc coś w stylu „idę się przebrać”, przeszła obok niego do środka.
Wbiegła po schodach i szybko wpadła do swojego pokoju. Usiadła na łóżku i zaczęła tupać nogami, zaciskając mocno zęby.
Wynoś się w końcu z mojej głowy! – chciała wrzasnąć na cały głos.
Czemu chce z nim być, ale z drugiej strony czuła że z tego nic nie będzie? Bała się próbować, bała się rozczarowania. On jest dla niej za poważny, za dorosły. Ona wciąż czuła się przy nim gówniarą. Teraz będą od siebie tak daleko! Niewiadomo czy nie na zawsze… Może tak właśnie miało być?
Przetarła szybko łzy i zaczęła rozpinać guziki w koszuli. Zdjęła ją i rzuciła niedbale na łóżko. Podeszła do szafy i zaczęła szukać jakiejś bluzy.
Podskoczyła, przestraszona nagłym skrzypnięciem drzwi. Odwróciła się i spojrzała na Adama, powoli wchodzącego do pokoju.
- Czy możesz… Nie widzisz, że się przebieram? – jej głos drżał z zawstydzenia.
- Właśnie widzę – powiedział, stojąc już przed nią i łapiąc ją za ramiona. – Jutro rozjedziemy się, ty w jedną stronę, ja w drugą… Czy naprawdę jesteś pewna, że to będzie słuszne?
Marta cofnęła się o krok, chcąc by przestał ją trzymać za ramiona.
- Adam o co ci chodzi? – spytała niezadowolona. – To nie ma związku z tym co było między nami, bo… to już przeszłość, rozmawialiśmy już o tym.
Mężczyzna podszedł do niej, a Marta czuła, jak robi jej się ciepło. A może to było ciepło bijące od niego? Tak dawno nie był blisko, a ona tak często tego chciała, tak często wracała myślami do chwil spędzonych razem, że miała ochotę go teraz poprosić, by ją przytulił.
Tylko raz, ale mocno. Na chwilę, ale by trwała ona wiecznie.
- Czyżbyś już o mnie zapomniała? – spytał unosząc brwi.
Cholera, ty wiesz, jak ja się czuję, kiedy stoisz tak blisko, kiedy gładzisz moje ramiona i kiedy czuję twoje perfumy, wtapiające się w przestrzeń dookoła nas. Wiesz jak wiele bym ci wtedy chciała powiedzieć, robisz to specjalnie!
- Dobrze wiesz, że nam nie wychodzi, nie pasujemy do siebie – syknęła, chcąc być dla niego niezwykle niemiła, miała nadzieję, że jej się to uda. – Ty potrzebujesz kogoś dojrzalszego, ja jestem tylko gówniarą, która myślała, że się w tobie zakochała. Ale jak to bywa u takich niedojrzałych osób jak ja, za szybko nazwałam uczucia po imieniu i niestety pomyliłam się.
Miała nadzieję, że to go jakoś poruszy, że go to zaboli i Adam zrazi się do niej, powie że jest podła i podstępna… Że będzie chciał jak najszybciej wyjść z tego pokoju.
On jednak ujął delikatnie jej twarz w dłonie i patrzył głęboko w jej smutne i okrągłe oczka.
Jak bardzo chciał ją teraz pocałować, w te pełne usteczka, które jak pamiętał zawsze były słodkie i miękkie.
- Może jesteś gówniarą, ale to mnie najmniej obchodzi – szepnął, nachylając się do niej.
Przyłożył usta do jej ust, nie wiedząc do końca, czy Marta na to pozwoli. Jednak ona była jak zaczarowana, nie mogła nie ulec, to było zbyt silne. Powoli pocałowali się, a ich języki spotkały się i zaczęły się delikatnie muskać. Fala gorąca przepłynęła przez ciało dziewczyny, czuła lekkie podniecenie…
To nasze pożegnanie – powiedziała do niego w myślach.
Tak uważasz? – odpowiedział jej.
Odepchnęła go od siebie tak nagle, że chłopak patrzył na nią zaskoczony.
- Ja ciebie w ogóle nie powinnam obchodzić – wybuchła, a z jej oczu poleciały łzy. – Wyjdź stąd natychmiast, proszę cię!
- Do końca życia będę żałować chwili, w której to postanowiliśmy od siebie… „odpocząć”.
- Ta rozmowa do niczego nie doprowadzi. I właśnie się skończyła – oznajmiła stanowczo, przegrzebując szufladę w poszukiwaniu jakiejś odpowiedniej bluzki.
Znalazła swoją ulubioną bluzę i szybko wciągnęła ją przez głowę, unosząc ręce do góry. Adam przyglądał się jej zgrabnemu brzuszkowi, który wyprężyła, ukazując jego delikatny zarys. Miał ogromną ochotę położyć się obok niej, gładzić jej całe ciało, błądzić dłońmi po każdym fragmencie… Mieć ją po prostu blisko siebie, żeby aż czuć ją pod palcami, czuć jej zapach, słuchać jej mruczenia, kiedy starała się wtulić w niego jak najmocniej…
Ile by dał, by te wspomnienia znów stały się rzeczywistością!
Teraz to już musiał wyjść.
Emocje uwięzione w nim, potrzebowały ujścia, wolności.
*
Telefon Marty zawibrował na łóżku tuż obok jej głowy. Spojrzała na ekranik. Wpół do 4 w nocy. Po co ona miała tak wcześnie wstawać? Jaki dzisiaj dzień?
Usiadła na łóżku i podrapała się po głowie.
Adam?
No tak, chciała się z nim pożegnać przed wyjazdem… Wstała szybko, mając nadzieję, że jeszcze jest w domu, że nie wstała za późno. Ubrana w szary komplet składający się z topu i krótkich spodenek, wyszła z pokoju, kuląc się z zimna. Zeszła powoli po schodach, nachylając się do kuchni, jednak panowała tu cisza.
Po chwili z łazienki na górze doszły ją odgłosy lejącej się wody. Adam jeszcze się szykuje.
Usiadła na dole schodów, związując włosy wysoko w kucyka. Oparła głowę o barierkę i postanowiła tutaj zaczekać na mężczyznę. Próbowała nie zasnąć, ale to był silniejsze od niej. Czuła, że jej powieki stają się coraz cięższe, a jej ciężko było z tym walczyć…
Zaczęła sobie nucić pioseneczkę, trzęsąc się z zimna. Zapomniała założyć kapcie i teraz było jej zimno w stópki…
Adam wyszedł właśnie z łazienki z zamiarem napicia się kawy. Jednak jak stanął na szczycie schodów, zdziwił się zarysem czyjejś sylwetki spoczywającej na samym dole. Zszedł powoli na dół i usiadł obok śpiącej już Marty. Patrzył na nią chwilę z usatysfakcjonowanym uśmiechem. Przeczesał delikatnie jej włosy, chcąc odsłonić kilka kosmyków z jej twarzy, by popatrzeć na nią chwilę.
Wstał, wziął ją na ręce i zaniósł do jej pokoju, słuchając jej niemrawego mruczenia. Położył ją delikatnie na łóżku i przykrył kołdrą. Miał wyjść, ale zawahał się. Spojrzał na nią z progu pokoju i zamyślił się. Podszedł bliżej i kucnął przed nią, patrząc znów na jej słodką buźkę, oświetlaną światłem księżyca wpadającym przez okno.
- Jesteś najsłodszą i najśliczniejszą małolatą jaką do tej pory dane mi było poznać – szepnął. – Wszystko byłoby łatwiejsze… gdybyś tylko zrozumiała… na czym polega miłość – chciał ją pocałować w policzek, ale bał się, że może ją tym obudzić, więc tylko znów delikatnie przeczesał jej włosy i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
- Puścicie mnie wreszcie? – mówiła niezadowolona, nie bardzo zadowolona z ich wygłupów. – Chyba że mnie zaniesiecie do domu.
- Oj Martuś, co ty taka sztywna? Miałaś wielkie wyjście – powiedział jeden z kolegów.
Postawili ją na ziemi obok ławki w cieniu drzewa. Marta z obrażoną miną poprawiła sobie spodnie, poprawiła kołnierzyk białej koszuli i spojrzała na nich niemiło. Chciała odejść, ale właśnie obok pojawiła się Julita.
- Ale pamiętasz, że jutro się widzimy w pubie? – zatrzymała ją, wyjmując z torebki paczkę papierosów.
- Ale ja jutro wyjeżdżam – oznajmiła, siadając z nią na ławce. – Wakacje się dopiero zaczęły, ale ja muszę stąd uciec jak najszybciej, bo zwariuję.
Dziewczyna zaciągnęła się mocno i spojrzała na koleżankę.
- Kurwa… kto by pomyślał, że Daniel…
- Julita! – przerwała jej. – Nie kończ. Nie chcę o tym rozmawiać, bo każde wspomnienie tego faktu jest dla mnie wciąż bolesne. Jadę do Izy, pożyć trochę innym życiem, udawać, że mam to wszystko gdzieś… Że nic się tutaj złego nie wydarzyło – patrzyła, na kolegów, którzy trzymali w ręku zwinięte w ruloniki świadectwa i mierzyli do siebie, udając, że się biją.
- To pewnie nie prędko wrócisz – powiedziała Julita niczym do siebie. – No ale nie zapomnij się odezwać, jak będziesz już z powrotem w Warszawie – rzuciła spalonego papierosa na ziemię i przydeptała go butem. – Mój brat chyba już podjechał, podwieźć cię do domu?
- Byłoby super – odpowiedziała, wstając za koleżanką.
Chłopak w czerwonym seacie przeraźliwie trąbił, chcąc pośpieszyć siostrę. Ta tylko zmierzyła go morderczym spojrzeniem, ani myśląc biec do samochodu.
- Cholera, dobrze wiesz, że się spieszę na trening – wymamrotał z pretensjami, witając się z Martą, unosząc głowę do góry w jej kierunku.
- Braciszku, nie spóźnisz się – powiedziała, ujmując jego głowę w obie dłonie i całując ją mocno, co nie za bardzo ucieszyło chłopaka.
- Poczekaj aż Marta wysiądzie – mruknął, grożąc jej palcem.
Dziewczyna siedząca z tyłu przez całą drogę słuchała ich przekomarzania się. Wolała się nie przyłączać, zauważyła że chłopak zaczynał być już powoli naprawdę zdenerwowany, a ona chciała dojechać do domu, a nie zostać zostawioną daleko od domu, skazaną na samotny powrót.
Wysiadając z samochodu przed swoim domem, wciąż patrzyła na nich ze śmiechem. Chłopak pożegnał się z nią miło, po czym znów powrócił do kłótni z siostrą, która miała z niego niezły ubaw.
Przystanęła nagle, widząc podjeżdżający samochód Moniki. Marta zauważyła swoją przyjaciółkę siedzącą na miejscu pasażera i machającą do niej radośnie. Kobieta wysiadła z podejrzanym uśmieszkiem.
- Co ty tu robisz? – ucieszyła się dziewczyna.
- Zostałam zaproszona na uroczysty obiad, będący jednocześnie uroczystym pożegnaniem takiej jednej smarkuli, która wyjeżdża na wakacje – oznajmiła, przytulając ją nagle do siebie.
- A Darek nie zostaje? – spytała wyrywając jej się i patrząc, jak chłopak wykręca powoli samochodem.
- Mój mąż? – mruknęła Monika z ironią, idąc z razem z dziewczyną do środka. – Proszę cię, on nigdy na nic nie ma czasu. Muszę z nim porozmawiać, bo któregoś dnia w końcu zwariuję.
Ledwo otworzyły drzwi, a poczuły zachęcający i apetyczny zapach mięsa smażonego na grillu. Obie spojrzały na siebie niezwykle zadowolone.
Z kuchni wyszła Magda.
- Cześć laski – przywitała je miło. – Mamy wspaniałą pogodę, jakby wszyscy cieszyli się, że wreszcie odpoczniemy od Marty.
Dziewczyna wycelowała w siostrę palcem z niemiłą miną.
- A żebyś się nie zdziwiła jak już w ogóle nie wrócę – syknęła.
- Oj młoda, przecież żartuję – jęknęła i nachyliła się nad nią. – Jeśli chcesz sobie poprawić humor, to idź na ogródek, zobacz jak Robert by wyglądał jako kucharz – szepnęła.
Marta obejrzała się na Monikę, mrużąc brwi, nic nie rozumiejąc. Ale obie z ciekawości udały się tam, zostawiając po drodze rzeczy w kuchni.
Obie myślały, że pękną ze śmiechu, widząc chłopaka. Stał nad grillem, jedną rękę trzymając w kieszeni, a drugą przekręcając leniwie mięso. W kąciku ust trzymał papierosa, który jeszcze chwila, a wypadł by mu na ziemię. Jednak najbardziej gustownie wyglądała czapka na jego głowie – duża, kucharska, zabawnie przekrzywiona.
- Cześć dziewczyny, też się cieszę, że was widzę – mruknął, bojąc się, żeby jego papieros nie wypadł mu z buzi.
- To ja może skoczę po aparat, bo zapowiada się miłe popołudnie – odezwała się Magda, wychodząc z kuchni z salaterką z sałatką. – Nikt jeszcze nie ma małych dzieci i nie śpieszy się do domu – mruknęła, patrząc wymownie spode łba na Monikę.
- Już ty się o mnie nie martw, przyjdzie czas i na dzidziusia – powiedziała, siadając przy stole, wpatrując się w kolorową i pachnącą sałatkę.
W tym momencie w progu drzwi stanął Adam, spojrzał poważnie na wszystkich, zdejmując czapkę z głowy.
- Co ty tak po służbowemu? – zdziwił się Robert. – Nie mów że nie siądziesz nawet z nami?
- Nie no, oczywiście że siądę – oznajmił ponuro. – Dopiero co wróciłem ze służby, zaraz się przebiorę.
Marta spojrzała na niego zaniepokojona. Dziwnie wyglądał, był podejrzanie poważny.
- Adam… wszystko w porządku? – spytała niepewnie.
- Chciałem wam zakomunikować, że również wyjeżdżam. Do Wrocławia, będę prowadzić jedną sprawę.
- Ale… tak nagle? – spytała podejrzliwie Magda, rozkładając sztućce na stole.
- Nie, tak naprawdę, to już za długo rozważałem tą ewentualność. Pociąg mam wcześnie rano, więc może dołączę do tego przyjęcia także z moim pożegnaniem – mężczyzna mówił nadzwyczajnie spokojnie i smutno, unosząc co chwila brwi do góry, jakby chciał dodać na siłę swojej twarzy trochę pogodności.
- A więc miłego wyjazdu – syknęła Marta, wstając i mamrocząc coś w stylu „idę się przebrać”, przeszła obok niego do środka.
Wbiegła po schodach i szybko wpadła do swojego pokoju. Usiadła na łóżku i zaczęła tupać nogami, zaciskając mocno zęby.
Wynoś się w końcu z mojej głowy! – chciała wrzasnąć na cały głos.
Czemu chce z nim być, ale z drugiej strony czuła że z tego nic nie będzie? Bała się próbować, bała się rozczarowania. On jest dla niej za poważny, za dorosły. Ona wciąż czuła się przy nim gówniarą. Teraz będą od siebie tak daleko! Niewiadomo czy nie na zawsze… Może tak właśnie miało być?
Przetarła szybko łzy i zaczęła rozpinać guziki w koszuli. Zdjęła ją i rzuciła niedbale na łóżko. Podeszła do szafy i zaczęła szukać jakiejś bluzy.
Podskoczyła, przestraszona nagłym skrzypnięciem drzwi. Odwróciła się i spojrzała na Adama, powoli wchodzącego do pokoju.
- Czy możesz… Nie widzisz, że się przebieram? – jej głos drżał z zawstydzenia.
- Właśnie widzę – powiedział, stojąc już przed nią i łapiąc ją za ramiona. – Jutro rozjedziemy się, ty w jedną stronę, ja w drugą… Czy naprawdę jesteś pewna, że to będzie słuszne?
Marta cofnęła się o krok, chcąc by przestał ją trzymać za ramiona.
- Adam o co ci chodzi? – spytała niezadowolona. – To nie ma związku z tym co było między nami, bo… to już przeszłość, rozmawialiśmy już o tym.
Mężczyzna podszedł do niej, a Marta czuła, jak robi jej się ciepło. A może to było ciepło bijące od niego? Tak dawno nie był blisko, a ona tak często tego chciała, tak często wracała myślami do chwil spędzonych razem, że miała ochotę go teraz poprosić, by ją przytulił.
Tylko raz, ale mocno. Na chwilę, ale by trwała ona wiecznie.
- Czyżbyś już o mnie zapomniała? – spytał unosząc brwi.
Cholera, ty wiesz, jak ja się czuję, kiedy stoisz tak blisko, kiedy gładzisz moje ramiona i kiedy czuję twoje perfumy, wtapiające się w przestrzeń dookoła nas. Wiesz jak wiele bym ci wtedy chciała powiedzieć, robisz to specjalnie!
- Dobrze wiesz, że nam nie wychodzi, nie pasujemy do siebie – syknęła, chcąc być dla niego niezwykle niemiła, miała nadzieję, że jej się to uda. – Ty potrzebujesz kogoś dojrzalszego, ja jestem tylko gówniarą, która myślała, że się w tobie zakochała. Ale jak to bywa u takich niedojrzałych osób jak ja, za szybko nazwałam uczucia po imieniu i niestety pomyliłam się.
Miała nadzieję, że to go jakoś poruszy, że go to zaboli i Adam zrazi się do niej, powie że jest podła i podstępna… Że będzie chciał jak najszybciej wyjść z tego pokoju.
On jednak ujął delikatnie jej twarz w dłonie i patrzył głęboko w jej smutne i okrągłe oczka.
Jak bardzo chciał ją teraz pocałować, w te pełne usteczka, które jak pamiętał zawsze były słodkie i miękkie.
- Może jesteś gówniarą, ale to mnie najmniej obchodzi – szepnął, nachylając się do niej.
Przyłożył usta do jej ust, nie wiedząc do końca, czy Marta na to pozwoli. Jednak ona była jak zaczarowana, nie mogła nie ulec, to było zbyt silne. Powoli pocałowali się, a ich języki spotkały się i zaczęły się delikatnie muskać. Fala gorąca przepłynęła przez ciało dziewczyny, czuła lekkie podniecenie…
To nasze pożegnanie – powiedziała do niego w myślach.
Tak uważasz? – odpowiedział jej.
Odepchnęła go od siebie tak nagle, że chłopak patrzył na nią zaskoczony.
- Ja ciebie w ogóle nie powinnam obchodzić – wybuchła, a z jej oczu poleciały łzy. – Wyjdź stąd natychmiast, proszę cię!
- Do końca życia będę żałować chwili, w której to postanowiliśmy od siebie… „odpocząć”.
- Ta rozmowa do niczego nie doprowadzi. I właśnie się skończyła – oznajmiła stanowczo, przegrzebując szufladę w poszukiwaniu jakiejś odpowiedniej bluzki.
Znalazła swoją ulubioną bluzę i szybko wciągnęła ją przez głowę, unosząc ręce do góry. Adam przyglądał się jej zgrabnemu brzuszkowi, który wyprężyła, ukazując jego delikatny zarys. Miał ogromną ochotę położyć się obok niej, gładzić jej całe ciało, błądzić dłońmi po każdym fragmencie… Mieć ją po prostu blisko siebie, żeby aż czuć ją pod palcami, czuć jej zapach, słuchać jej mruczenia, kiedy starała się wtulić w niego jak najmocniej…
Ile by dał, by te wspomnienia znów stały się rzeczywistością!
Teraz to już musiał wyjść.
Emocje uwięzione w nim, potrzebowały ujścia, wolności.
*
Telefon Marty zawibrował na łóżku tuż obok jej głowy. Spojrzała na ekranik. Wpół do 4 w nocy. Po co ona miała tak wcześnie wstawać? Jaki dzisiaj dzień?
Usiadła na łóżku i podrapała się po głowie.
Adam?
No tak, chciała się z nim pożegnać przed wyjazdem… Wstała szybko, mając nadzieję, że jeszcze jest w domu, że nie wstała za późno. Ubrana w szary komplet składający się z topu i krótkich spodenek, wyszła z pokoju, kuląc się z zimna. Zeszła powoli po schodach, nachylając się do kuchni, jednak panowała tu cisza.
Po chwili z łazienki na górze doszły ją odgłosy lejącej się wody. Adam jeszcze się szykuje.
Usiadła na dole schodów, związując włosy wysoko w kucyka. Oparła głowę o barierkę i postanowiła tutaj zaczekać na mężczyznę. Próbowała nie zasnąć, ale to był silniejsze od niej. Czuła, że jej powieki stają się coraz cięższe, a jej ciężko było z tym walczyć…
Zaczęła sobie nucić pioseneczkę, trzęsąc się z zimna. Zapomniała założyć kapcie i teraz było jej zimno w stópki…
Adam wyszedł właśnie z łazienki z zamiarem napicia się kawy. Jednak jak stanął na szczycie schodów, zdziwił się zarysem czyjejś sylwetki spoczywającej na samym dole. Zszedł powoli na dół i usiadł obok śpiącej już Marty. Patrzył na nią chwilę z usatysfakcjonowanym uśmiechem. Przeczesał delikatnie jej włosy, chcąc odsłonić kilka kosmyków z jej twarzy, by popatrzeć na nią chwilę.
Wstał, wziął ją na ręce i zaniósł do jej pokoju, słuchając jej niemrawego mruczenia. Położył ją delikatnie na łóżku i przykrył kołdrą. Miał wyjść, ale zawahał się. Spojrzał na nią z progu pokoju i zamyślił się. Podszedł bliżej i kucnął przed nią, patrząc znów na jej słodką buźkę, oświetlaną światłem księżyca wpadającym przez okno.
- Jesteś najsłodszą i najśliczniejszą małolatą jaką do tej pory dane mi było poznać – szepnął. – Wszystko byłoby łatwiejsze… gdybyś tylko zrozumiała… na czym polega miłość – chciał ją pocałować w policzek, ale bał się, że może ją tym obudzić, więc tylko znów delikatnie przeczesał jej włosy i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Rozdział 29
Telefon okręcał się na stole pod wpływem wibracji. Trwał tak długo, dopóki Marta nie przybiegła po niego z pokoju. Chwyciła go i odbierając poszła z powrotem do pokoju przyjaciółki, gdzie razem siedziały i rozmawiały.
- Co się stało siostra? – odezwała się niemrawo.
- Za ile będziesz w domu młoda? Był telefon do ciebie, nie zgadniesz od kogo – Magda starała się ją zaciekawić.
Dziewczyna przysiadła na krawędzi kanapy, mrużąc oczy.
- Hm… Nie wiem… Gadaj szybko – Marta mimo zainteresowania, nie miała w głowie ani trochę entuzjazmu.
- Iza – odpowiedziała, jednak spotkała się z milczeniem po drugiej stronie. – Nasza kuzynka z Sopotu! Dostałaś zaproszenie na wakacje od swojej rówieśniczki! I myślę, że powinnaś skorzystać. Iza czeka na twój telefon z potwierdzeniem.
- Ojej… - Marta uśmiechnęła się do koleżanki siedzącej obok. – Ona mi z nieba spadła… Jasne że skorzystam! Zaraz wychodzę od Moniki i będę za pół godziny, cześć.
Dziewczyna rozłączyła się i sięgnęła po torebkę leżącą na kanapie.
- Będę się zbierać. Muszę zadzwonić do mojej kuzynki z Sopotu, Izy. Miała wyczucie, że zaprosiła mnie do siebie na wakacje. Akurat teraz, kiedy będzie mi potrzebny odpoczynek po całym tym roku – wrzuciła telefon do torby i zasunęła ją.
- Widziałam, jak się ucieszyłaś z tej wiadomości – kobieta uśmiechnęła się, widząc oznaki radości na twarzy swojej młodszej przyjaciółki, która przegrzebywała torbę w poszukiwaniu kluczy. – Po ostatnich przykrościach potrzebne ci będzie oderwanie się od tego, zapomnienie… Może kogoś poznasz…
- Nie! – żachnęła się. – Nie chcę poznawać nikogo nowego!
Monice zabłyszczały oczy.
- Czy to znaczy… Że wrócisz do Adama? – niedowierzała.
Dziewczyna przestała zajmować się torbą i spojrzała poważnie na kobietę.
- Nie rozumiem… Czemu tak to odebrałaś? – spytała smutno. – Ani słowem nie wspomniałam o Adamie… Nie chcę być na razie z nikim. Muszę odpocząć.
Wstała i zarzuciła torbę na ramię, biorąc żakiecik z oparcia fotela.
- Jak chwilę poczekasz, to się załapiesz na taksówkę – oznajmiła Monika. – Adam ma być u mnie za chwilę z pewnymi papierami… - przerwało jej pukanie do drzwi. – O widzisz?
Wstała i poszła otworzyć, licząc na to, że Marta pójdzie za nią. Ona jednak stała wciąż przy kanapie, nie wiedząc, czy zabierać się z Adamem, czy zrobić sobie mały spacerek… Nie chce siedzieć obok niego w samochodzie, nie chce z nim rozmawiać. Boi się.
Słyszała ich wesołe rozmowy, przerywane śmiechem Adama. Marta usłyszała swoje imię, jakiś szept.
- Jedziesz ze mną? – odezwał się Adam, nachylając się przez próg do środka, by zerknąć na dziewczynę. – Jest już ciemno i chyba zaczyna padać, pewnie nie marzy ci się teraz spacer?
Marta odwróciła się i spojrzała na jego zachęcający uśmiech. Podejrzewała, że nie powinna była tego robić. Dawno nie widziała uśmiechu Adama, a był tak ładny jak zawsze. Przypomniało jej się tak wiele mile spędzonych chwil, kiedy byli razem, blisko siebie…
- Młoda, przestaniesz się tak uśmiechać i podejdziesz tu? Chłopakowi się śpieszy! – odezwała się Monika, rozbawiona zamyśleniem koleżanki.
Marta ocknęła się, zdając sobie sprawę, że jak głupia stała i uśmiechała się do Adama. Zaczerwieniła się i ze spuszczoną głową podeszła do nich.
- Dobrze więc jedźmy – wymamrotała, po czym minęła chłopaka i poszła do samochodu, czując że zaraz się zapadnie pod ziemię.
Usiadła na miejscu pasażera, czekając aż chłopak skończy rozmowę z Moniką. Patrzyła jeszcze jak otwierają jakąś teczkę i rozmawiają, przekręcając papiery w niej zawarte.
A podobno mu się śpieszyło, pomyślała, opierając głowę o szybę i zamykając oczy. Była troszkę zmęczona…
Nagle coś uderzyło w szybę, a Marta z krzykiem odsunęła się od niej. Za drzwiami samochodu ujrzała starego bezdomnego człowieka, który patrzył na nią z dziwnym uśmiechem, zakrytym pod gęstymi wąsami. Przyłożył swoje brudne ręce do szyby i tak na nią patrzył.
Marta nie zdawała sobie sprawy, że zaczęła krzyczeć, odchylając się od szyby jak najdalej.
- Ej! Co pan wyprawia! – Adam wcisnął Monice papiery w ręce i ruszył w stronę samochodu. – Proszę się odsunąć!
Bezdomny spojrzał na mężczyznę, po czym zniknął nagle, biegnąć chodnikiem przed siebie. Adam wychylił się, patrząc chwilę za nim. Przypomniało mu się o Marcie, która siedziała tam sama i przestraszona. Otworzył drzwi i usiadł obok niej. Nie krzyczała już, ale oddychała głęboko, nie mogąc złapać powietrza.
- Już w porządku – uspokoił ją, kładąc rękę na jej kolanie. – To tylko bezdomny, nie chciał ci zrobić krzywdy.
- Wiem… tylko… się przestraszyłam – wyjąkała.
Odchyliła głowę na oparcie, a Adam mimowolnie spojrzał na jej odsłonięty dekolt. Chciałby teraz tylko położyć na nim głowę. Nie miał żadnych nieprzyzwoitych myśli. Chciał tylko poczuć jej ciepło. Ona była dla niego zbyt delikatna i niewinna, by mógł patrzeć na nią jak na obiekt fantazji.
Marta przyłożyła dłoń do dekoltu, chcąc uspokoić swój oddech. Adam nagle położył na jej ręce swoją. Dziewczyna uniosła głowę i spojrzała na niego.
- Ale ty jesteś strachliwa… - odezwał się ze śmiechem. – Jedziemy już, bo Magda na nas czeka.
Bez słowa odepchnęła jego rękę, spoglądając w drugą stronę, obserwując mijane domy, kiedy jechali już ciemną ulicą.
- Tak, jedź szybko, bo jestem strasznie zmęczona – powiedziała cicho, opierając głowę o szybę.
Chłopak zerknął na nią kątem oka, nie chcąc przekręcać głowy za bardzo w jej stronę, by tego nie zauważyła.
- Nie jesteś już z Danielem – bardziej stwierdził, niż spytał.
Marta ani myślała zwracać twarzy ku niemu. Może jak pomilczy chwilę, to nawet nie zauważy, że mu nie odpowiedziała? Bo domyślała się, do czego zmierza.
- Wszystko się poplątało. Nie mogłabym trwać w tym dalej… - sama nie wiedziała jak mu to wytłumaczyć. – To już nie jest to samo. I nigdy by już nie było. Daniel rozumie.
- Nie chciałabyś spróbować ze mną jeszcze raz? – zapytał w końcu. – Może tym razem nic się nie spieprzy…
Zaparkował na podjeździe przed domem i czekał na jej odpowiedź. Marta wciąż była wpatrzona w szybę po swojej stronie. Powoli przeniosła na niego oczy skryte w ciemności, w których nie był w stanie dostrzec uczucia, wyczytać odpowiedzi.
- Nie zadawaj mi już nigdy tego pytania – wypaliła i wysiadła szybko z samochodu, nie chcąc, by Adam kontynuował tą rozmowę.
- Co się stało siostra? – odezwała się niemrawo.
- Za ile będziesz w domu młoda? Był telefon do ciebie, nie zgadniesz od kogo – Magda starała się ją zaciekawić.
Dziewczyna przysiadła na krawędzi kanapy, mrużąc oczy.
- Hm… Nie wiem… Gadaj szybko – Marta mimo zainteresowania, nie miała w głowie ani trochę entuzjazmu.
- Iza – odpowiedziała, jednak spotkała się z milczeniem po drugiej stronie. – Nasza kuzynka z Sopotu! Dostałaś zaproszenie na wakacje od swojej rówieśniczki! I myślę, że powinnaś skorzystać. Iza czeka na twój telefon z potwierdzeniem.
- Ojej… - Marta uśmiechnęła się do koleżanki siedzącej obok. – Ona mi z nieba spadła… Jasne że skorzystam! Zaraz wychodzę od Moniki i będę za pół godziny, cześć.
Dziewczyna rozłączyła się i sięgnęła po torebkę leżącą na kanapie.
- Będę się zbierać. Muszę zadzwonić do mojej kuzynki z Sopotu, Izy. Miała wyczucie, że zaprosiła mnie do siebie na wakacje. Akurat teraz, kiedy będzie mi potrzebny odpoczynek po całym tym roku – wrzuciła telefon do torby i zasunęła ją.
- Widziałam, jak się ucieszyłaś z tej wiadomości – kobieta uśmiechnęła się, widząc oznaki radości na twarzy swojej młodszej przyjaciółki, która przegrzebywała torbę w poszukiwaniu kluczy. – Po ostatnich przykrościach potrzebne ci będzie oderwanie się od tego, zapomnienie… Może kogoś poznasz…
- Nie! – żachnęła się. – Nie chcę poznawać nikogo nowego!
Monice zabłyszczały oczy.
- Czy to znaczy… Że wrócisz do Adama? – niedowierzała.
Dziewczyna przestała zajmować się torbą i spojrzała poważnie na kobietę.
- Nie rozumiem… Czemu tak to odebrałaś? – spytała smutno. – Ani słowem nie wspomniałam o Adamie… Nie chcę być na razie z nikim. Muszę odpocząć.
Wstała i zarzuciła torbę na ramię, biorąc żakiecik z oparcia fotela.
- Jak chwilę poczekasz, to się załapiesz na taksówkę – oznajmiła Monika. – Adam ma być u mnie za chwilę z pewnymi papierami… - przerwało jej pukanie do drzwi. – O widzisz?
Wstała i poszła otworzyć, licząc na to, że Marta pójdzie za nią. Ona jednak stała wciąż przy kanapie, nie wiedząc, czy zabierać się z Adamem, czy zrobić sobie mały spacerek… Nie chce siedzieć obok niego w samochodzie, nie chce z nim rozmawiać. Boi się.
Słyszała ich wesołe rozmowy, przerywane śmiechem Adama. Marta usłyszała swoje imię, jakiś szept.
- Jedziesz ze mną? – odezwał się Adam, nachylając się przez próg do środka, by zerknąć na dziewczynę. – Jest już ciemno i chyba zaczyna padać, pewnie nie marzy ci się teraz spacer?
Marta odwróciła się i spojrzała na jego zachęcający uśmiech. Podejrzewała, że nie powinna była tego robić. Dawno nie widziała uśmiechu Adama, a był tak ładny jak zawsze. Przypomniało jej się tak wiele mile spędzonych chwil, kiedy byli razem, blisko siebie…
- Młoda, przestaniesz się tak uśmiechać i podejdziesz tu? Chłopakowi się śpieszy! – odezwała się Monika, rozbawiona zamyśleniem koleżanki.
Marta ocknęła się, zdając sobie sprawę, że jak głupia stała i uśmiechała się do Adama. Zaczerwieniła się i ze spuszczoną głową podeszła do nich.
- Dobrze więc jedźmy – wymamrotała, po czym minęła chłopaka i poszła do samochodu, czując że zaraz się zapadnie pod ziemię.
Usiadła na miejscu pasażera, czekając aż chłopak skończy rozmowę z Moniką. Patrzyła jeszcze jak otwierają jakąś teczkę i rozmawiają, przekręcając papiery w niej zawarte.
A podobno mu się śpieszyło, pomyślała, opierając głowę o szybę i zamykając oczy. Była troszkę zmęczona…
Nagle coś uderzyło w szybę, a Marta z krzykiem odsunęła się od niej. Za drzwiami samochodu ujrzała starego bezdomnego człowieka, który patrzył na nią z dziwnym uśmiechem, zakrytym pod gęstymi wąsami. Przyłożył swoje brudne ręce do szyby i tak na nią patrzył.
Marta nie zdawała sobie sprawy, że zaczęła krzyczeć, odchylając się od szyby jak najdalej.
- Ej! Co pan wyprawia! – Adam wcisnął Monice papiery w ręce i ruszył w stronę samochodu. – Proszę się odsunąć!
Bezdomny spojrzał na mężczyznę, po czym zniknął nagle, biegnąć chodnikiem przed siebie. Adam wychylił się, patrząc chwilę za nim. Przypomniało mu się o Marcie, która siedziała tam sama i przestraszona. Otworzył drzwi i usiadł obok niej. Nie krzyczała już, ale oddychała głęboko, nie mogąc złapać powietrza.
- Już w porządku – uspokoił ją, kładąc rękę na jej kolanie. – To tylko bezdomny, nie chciał ci zrobić krzywdy.
- Wiem… tylko… się przestraszyłam – wyjąkała.
Odchyliła głowę na oparcie, a Adam mimowolnie spojrzał na jej odsłonięty dekolt. Chciałby teraz tylko położyć na nim głowę. Nie miał żadnych nieprzyzwoitych myśli. Chciał tylko poczuć jej ciepło. Ona była dla niego zbyt delikatna i niewinna, by mógł patrzeć na nią jak na obiekt fantazji.
Marta przyłożyła dłoń do dekoltu, chcąc uspokoić swój oddech. Adam nagle położył na jej ręce swoją. Dziewczyna uniosła głowę i spojrzała na niego.
- Ale ty jesteś strachliwa… - odezwał się ze śmiechem. – Jedziemy już, bo Magda na nas czeka.
Bez słowa odepchnęła jego rękę, spoglądając w drugą stronę, obserwując mijane domy, kiedy jechali już ciemną ulicą.
- Tak, jedź szybko, bo jestem strasznie zmęczona – powiedziała cicho, opierając głowę o szybę.
Chłopak zerknął na nią kątem oka, nie chcąc przekręcać głowy za bardzo w jej stronę, by tego nie zauważyła.
- Nie jesteś już z Danielem – bardziej stwierdził, niż spytał.
Marta ani myślała zwracać twarzy ku niemu. Może jak pomilczy chwilę, to nawet nie zauważy, że mu nie odpowiedziała? Bo domyślała się, do czego zmierza.
- Wszystko się poplątało. Nie mogłabym trwać w tym dalej… - sama nie wiedziała jak mu to wytłumaczyć. – To już nie jest to samo. I nigdy by już nie było. Daniel rozumie.
- Nie chciałabyś spróbować ze mną jeszcze raz? – zapytał w końcu. – Może tym razem nic się nie spieprzy…
Zaparkował na podjeździe przed domem i czekał na jej odpowiedź. Marta wciąż była wpatrzona w szybę po swojej stronie. Powoli przeniosła na niego oczy skryte w ciemności, w których nie był w stanie dostrzec uczucia, wyczytać odpowiedzi.
- Nie zadawaj mi już nigdy tego pytania – wypaliła i wysiadła szybko z samochodu, nie chcąc, by Adam kontynuował tą rozmowę.
Rozdział 28
Udała że nie widzi go, szybko maszerującego z końca korytarza. Gotowy był w każdej chwili zacząć biec, gdyby tylko się poruszyła, chciała wstać i odejść. Rozglądała się beztrosko dookoła, czując strach narastający w niej z każdym jego krokiem.
Nie da rady, bała się tego starcia. Wstała z zamiarem odejścia, jednak Daniel zatrzymał się właśnie przy niej i siłą odkręcił ją do siebie, chcąc by zobaczyła jego złą minę.
- Możesz mi coś wyjaśnić?! – spytał zdenerwowany, chcąc skupić jej uwagę na sobie, widząc, że dziewczyna wodziła wzrokiem dookoła, nie mając zamiaru patrzeć mu w twarz. – Czemu okłamałaś policję? Przecież nie byliśmy tego dnia razem, bo wujek mnie zaprosił…
- Proszę cię, nie okłamuj mnie już dłużej – jęknęła płaczliwie, nie panując nad drżącym głosem. – Daniel, ja wiem!
Chłopak zaśmiał się krótko, puścił ją i cofnął się o krok.
- Co wiesz, księżniczko? – spytał już przyjaznym tonem.
Jej wzrok nagle nabrał surowości i stał się niezwykle oficjalny.
Nie jestem już dla ciebie księżniczką.
- To ty zabiłeś Agatę. Razem z Michałem – powiedziała szeptem, uśmiechając się sztucznie do przechodzącej obok koleżanki.
Daniel zaśmiał się głośno i przekręcił czapkę daszkiem na bok.
- Kochanie… Skąd ci to przyszło do głowy? – mruknął rozbawiony, łapiąc ją delikatnie za ramiona.
Dziewczyna wpadła we wściekłość. W jednej chwili gwałtownie odepchnęła jego ręce, mając nadzieję, że trochę go to zaboli. Patrzyła mu w twarz złowrogo, celując w niego palcem.
- Jeszcze się nie domyśliłeś komu nagle się rozdzwonił telefon wtedy w lesie? – syknęła.
Ten jednak nie wiedział co odpowiedzieć. Poruszył tylko bezdźwięcznie ustami, patrząc na nią dziwnie. Zdjął czapkę z głowy i spuścił wzrok.
Marta obserwowała jego zachowanie. Skrucha? Sztuczne wyrzuty sumienia? Pogubienie?
- Zrobiłem to dla ciebie – wypalił nagle, patrząc na nią smutnymi oczami.
- Nie prosiłam cię nigdy o to! – powiedziała z kpiącym śmiechem. Nie zauważyła, kiedy ich rozmowa zaczęła być nieprzyjemna. Wzięła głęboki oddech. – Daniel, przyznaj się. Jeszcze nie jest za późno…
- Marta, Marta – przerwał jej dziwnie przebiegłym tonem, znów zakładając czapkę i chowając twarz w cieniu daszka. – Nie będę siedział, ja tego nie planowałem. Poniosło mnie.
- Co się z tobą dzieje?! – wrzasnęła, nie przejmując się tym, że każdy się na nią obejrzał. – Jak możesz powiedzieć, że cię poniosło – syknęła, zniżając ton głosu do szeptu. – Zrobiłeś to… i nic tego nie zmieni. Zawiodłam się na tobie… na naszym uczuciu… Nie potrafię z tym żyć, rozumiesz? – spojrzała na niego, niezadowolona, że tylko słucha, nie przerywa jej. – Nie zostawię tak tego, już za dużo tych kłamstw.
Spojrzała na niego szybko i ominęła go powoli, mając nadzieję, że jeszcze się do niej odezwie, powie coś przyjemnego, pocieszy ją i postarają się razem zająć tą sprawą, by nikt za bardzo nie ucierpiał…
Szła coraz wolniej…
- A co, doniesiesz na mnie? – powiedział za nią kpiąco.
Zatrzymała się, otwierając szeroko oczy. Odwróciła szybko głowę, jej włosy zatańczyły w powietrzu. Patrzyła na jego cwany uśmieszek, który wymalował sobie na twarzy.
To nie jest już Daniel. Teraz to był morderca Agaty. Tak musiała na niego patrzeć, bo on nawet nie dawał jej wyboru!
Bezwzględnie i bezczelnie się uśmiechał, będąc pewnym, że nic mu nie grozi, Marta przecież za bardzo go kocha, nie skrzywdzi go, nie pozwoli by inni go skrzywdzili.
Podeszła do niego, nie chcąc, by ktoś przez przypadek stał się świadkiem ich rozmowy.
- Owszem, żebyś się nie zdziwił. Ale nie doniosę na mojego kochanego chłopaka, Daniela, bo jego już nie ma – chciała mówić do niego poważnie i ostro, podkreślając tym swoją wiarygodność. Jednak zamiast tego znowu się rozkleiła. Znowu! – Za to z przyjemnością doniosę na mordercę…
Z twarzy Daniela zniknął przebiegły uśmiech i po raz drugi podczas tej rozmowy go zatkało. Nie wiedział co jej odpowiedzieć, patrzył na nią okrągłymi oczami.
Jesteś moim chłopakiem, pomyślała patrząc na tą jego żałosną minę.
Jesteśmy… razem?
Jesteśmy?
My?
*
Wysiadła szybko z autobusu, mając wciąż nadzieję, że Daniel będzie jednak na nią czekać, zanim odważy się wejść do środka. Ten jakże krótki sms od niego o treści „Tym razem naprawdę robię to dla ciebie, wchodzę właśnie na posterunek”, momentalnie zerwał ją z krzesła, kiedy razem z koleżankami piła kawę w pubie.
Chce się przyznać, wreszcie się na to zdecydował! Niezmiernie ją to cieszyło, zagryzała jednak zęby, kiedy przez jej głowę przemknęła myśl, że w tej sprawie nie powinno być nic, co by ją mogło ucieszyć. Ponieważ nie spodziewałaby się nigdy w życiu, że morderstwo stanie się dla niej tak zwykłą sprawą.
Że morderca będzie w jej otoczeniu. I że kiedyś powie, że zrobił to dla niej…
Wyjęła telefon z kieszeni i przez dłuższą chwilę patrzyła na niego. Żadnego sygnału od Daniela. Minęło pół godziny od jego smsa, czyżby tak długo z nim rozmawiali? A może już go zatrzymali… i nie wypuszczą? Może powinna wejść do środka i się zapytać…
Daniel, dlaczego zabicie jej było dla ciebie takie łatwe? Dlaczego cię poniosło? Twierdzisz, że zrobiłeś to, bo mnie kochasz… A jednak ostatnia nasza rozmowa była raczej wroga i nieprzyjemna. Nie mówiłeś do mnie jak chłopak, który jest gotowy dla mnie zabić, tylko jak morderca, który zdolny jest pokochać. Jaka to wielka różnica i jak szybko zaszła u ciebie ta zmiana…
Od razu zauważyła, że wielkie brązowe drzwi powoli się uchylają, choć stała dosyć daleko od nich. Daniel wyszedł z niewyraźną miną, choć trochę wypogodniał, kiedy zobaczył Martę. Podszedł do niej szybko, jednak po chwili przystanął. Dziewczyna zbliżyła się do niego i chwilę patrzyli sobie w oczy.
- Mogę cię przytulić? – spytał nieśmiało.
Kiwnęła głową, a chłopak przylgnął do niej mocno.
- Zrobiłem to. Powiedziałem wszystko. Wszystko – podkreślił. – Chcieli mnie zatrzymać, ale dali mi jeden dzień… Mam się stawić jutro.
Dziewczyna odepchnęła go lekko od siebie i spojrzała na łzy na jego policzkach. Prawdziwe łzy skruchy, żalu i poczucia winy. Tak to chciała widzieć, tak właśnie teraz było.
- Daniel…
- Spanikowałem, Martuś – przerwał jej szybko. Oparł się o barierkę, obok której stali. – Bałem się od momentu, kiedy zdałem sobie sprawę, że… nie nastraszyłem jej, tylko ją… zabiłem. Ale już się nie boję. Zasłużyłem sobie na to, bo nie tylko… - wystawił przed siebie rozwarte dłonie i przyglądał się im okrągłymi oczami. – Nie tylko tymi rękami zabiłem człowieka, ale też nasz związek – spojrzał na nią oczami lekko czerwonymi od płaczu.
Dziewczyna patrzyła na niego i nie mogła powiedzieć ani słowa. Bo co może mu powiedzieć? Nie będą już razem. Już nie są. Jednak nie wie jak się to skończy. Czy ma mu podać rękę i pożegnać się? Nie umiała. Daniel wciąż za dużo dla niej znaczył…
- Daniel co mam ci teraz powiedzieć? – jęknęła bezradnie.
Chłopak wyciągnął rękę i przyłożył palec do jej serca.
- Że tutaj zawsze będzie dla mnie chociaż malutkie miejsce – szepnął ledwo słyszalnie.
Marta otworzyła szeroko oczy, po czym schowała twarz w dłoniach i zaczęła płakać głośno jak mała dziewczynka. Daniel nie wiedział czy ma do tego jeszcze prawo, ale otoczył ją ramionami i przytulił do siebie.
Dziewczyna poczuła, że te ramiona nie dają jej już poczucia bezpieczeństwa.
Nie da rady, bała się tego starcia. Wstała z zamiarem odejścia, jednak Daniel zatrzymał się właśnie przy niej i siłą odkręcił ją do siebie, chcąc by zobaczyła jego złą minę.
- Możesz mi coś wyjaśnić?! – spytał zdenerwowany, chcąc skupić jej uwagę na sobie, widząc, że dziewczyna wodziła wzrokiem dookoła, nie mając zamiaru patrzeć mu w twarz. – Czemu okłamałaś policję? Przecież nie byliśmy tego dnia razem, bo wujek mnie zaprosił…
- Proszę cię, nie okłamuj mnie już dłużej – jęknęła płaczliwie, nie panując nad drżącym głosem. – Daniel, ja wiem!
Chłopak zaśmiał się krótko, puścił ją i cofnął się o krok.
- Co wiesz, księżniczko? – spytał już przyjaznym tonem.
Jej wzrok nagle nabrał surowości i stał się niezwykle oficjalny.
Nie jestem już dla ciebie księżniczką.
- To ty zabiłeś Agatę. Razem z Michałem – powiedziała szeptem, uśmiechając się sztucznie do przechodzącej obok koleżanki.
Daniel zaśmiał się głośno i przekręcił czapkę daszkiem na bok.
- Kochanie… Skąd ci to przyszło do głowy? – mruknął rozbawiony, łapiąc ją delikatnie za ramiona.
Dziewczyna wpadła we wściekłość. W jednej chwili gwałtownie odepchnęła jego ręce, mając nadzieję, że trochę go to zaboli. Patrzyła mu w twarz złowrogo, celując w niego palcem.
- Jeszcze się nie domyśliłeś komu nagle się rozdzwonił telefon wtedy w lesie? – syknęła.
Ten jednak nie wiedział co odpowiedzieć. Poruszył tylko bezdźwięcznie ustami, patrząc na nią dziwnie. Zdjął czapkę z głowy i spuścił wzrok.
Marta obserwowała jego zachowanie. Skrucha? Sztuczne wyrzuty sumienia? Pogubienie?
- Zrobiłem to dla ciebie – wypalił nagle, patrząc na nią smutnymi oczami.
- Nie prosiłam cię nigdy o to! – powiedziała z kpiącym śmiechem. Nie zauważyła, kiedy ich rozmowa zaczęła być nieprzyjemna. Wzięła głęboki oddech. – Daniel, przyznaj się. Jeszcze nie jest za późno…
- Marta, Marta – przerwał jej dziwnie przebiegłym tonem, znów zakładając czapkę i chowając twarz w cieniu daszka. – Nie będę siedział, ja tego nie planowałem. Poniosło mnie.
- Co się z tobą dzieje?! – wrzasnęła, nie przejmując się tym, że każdy się na nią obejrzał. – Jak możesz powiedzieć, że cię poniosło – syknęła, zniżając ton głosu do szeptu. – Zrobiłeś to… i nic tego nie zmieni. Zawiodłam się na tobie… na naszym uczuciu… Nie potrafię z tym żyć, rozumiesz? – spojrzała na niego, niezadowolona, że tylko słucha, nie przerywa jej. – Nie zostawię tak tego, już za dużo tych kłamstw.
Spojrzała na niego szybko i ominęła go powoli, mając nadzieję, że jeszcze się do niej odezwie, powie coś przyjemnego, pocieszy ją i postarają się razem zająć tą sprawą, by nikt za bardzo nie ucierpiał…
Szła coraz wolniej…
- A co, doniesiesz na mnie? – powiedział za nią kpiąco.
Zatrzymała się, otwierając szeroko oczy. Odwróciła szybko głowę, jej włosy zatańczyły w powietrzu. Patrzyła na jego cwany uśmieszek, który wymalował sobie na twarzy.
To nie jest już Daniel. Teraz to był morderca Agaty. Tak musiała na niego patrzeć, bo on nawet nie dawał jej wyboru!
Bezwzględnie i bezczelnie się uśmiechał, będąc pewnym, że nic mu nie grozi, Marta przecież za bardzo go kocha, nie skrzywdzi go, nie pozwoli by inni go skrzywdzili.
Podeszła do niego, nie chcąc, by ktoś przez przypadek stał się świadkiem ich rozmowy.
- Owszem, żebyś się nie zdziwił. Ale nie doniosę na mojego kochanego chłopaka, Daniela, bo jego już nie ma – chciała mówić do niego poważnie i ostro, podkreślając tym swoją wiarygodność. Jednak zamiast tego znowu się rozkleiła. Znowu! – Za to z przyjemnością doniosę na mordercę…
Z twarzy Daniela zniknął przebiegły uśmiech i po raz drugi podczas tej rozmowy go zatkało. Nie wiedział co jej odpowiedzieć, patrzył na nią okrągłymi oczami.
Jesteś moim chłopakiem, pomyślała patrząc na tą jego żałosną minę.
Jesteśmy… razem?
Jesteśmy?
My?
*
Wysiadła szybko z autobusu, mając wciąż nadzieję, że Daniel będzie jednak na nią czekać, zanim odważy się wejść do środka. Ten jakże krótki sms od niego o treści „Tym razem naprawdę robię to dla ciebie, wchodzę właśnie na posterunek”, momentalnie zerwał ją z krzesła, kiedy razem z koleżankami piła kawę w pubie.
Chce się przyznać, wreszcie się na to zdecydował! Niezmiernie ją to cieszyło, zagryzała jednak zęby, kiedy przez jej głowę przemknęła myśl, że w tej sprawie nie powinno być nic, co by ją mogło ucieszyć. Ponieważ nie spodziewałaby się nigdy w życiu, że morderstwo stanie się dla niej tak zwykłą sprawą.
Że morderca będzie w jej otoczeniu. I że kiedyś powie, że zrobił to dla niej…
Wyjęła telefon z kieszeni i przez dłuższą chwilę patrzyła na niego. Żadnego sygnału od Daniela. Minęło pół godziny od jego smsa, czyżby tak długo z nim rozmawiali? A może już go zatrzymali… i nie wypuszczą? Może powinna wejść do środka i się zapytać…
Daniel, dlaczego zabicie jej było dla ciebie takie łatwe? Dlaczego cię poniosło? Twierdzisz, że zrobiłeś to, bo mnie kochasz… A jednak ostatnia nasza rozmowa była raczej wroga i nieprzyjemna. Nie mówiłeś do mnie jak chłopak, który jest gotowy dla mnie zabić, tylko jak morderca, który zdolny jest pokochać. Jaka to wielka różnica i jak szybko zaszła u ciebie ta zmiana…
Od razu zauważyła, że wielkie brązowe drzwi powoli się uchylają, choć stała dosyć daleko od nich. Daniel wyszedł z niewyraźną miną, choć trochę wypogodniał, kiedy zobaczył Martę. Podszedł do niej szybko, jednak po chwili przystanął. Dziewczyna zbliżyła się do niego i chwilę patrzyli sobie w oczy.
- Mogę cię przytulić? – spytał nieśmiało.
Kiwnęła głową, a chłopak przylgnął do niej mocno.
- Zrobiłem to. Powiedziałem wszystko. Wszystko – podkreślił. – Chcieli mnie zatrzymać, ale dali mi jeden dzień… Mam się stawić jutro.
Dziewczyna odepchnęła go lekko od siebie i spojrzała na łzy na jego policzkach. Prawdziwe łzy skruchy, żalu i poczucia winy. Tak to chciała widzieć, tak właśnie teraz było.
- Daniel…
- Spanikowałem, Martuś – przerwał jej szybko. Oparł się o barierkę, obok której stali. – Bałem się od momentu, kiedy zdałem sobie sprawę, że… nie nastraszyłem jej, tylko ją… zabiłem. Ale już się nie boję. Zasłużyłem sobie na to, bo nie tylko… - wystawił przed siebie rozwarte dłonie i przyglądał się im okrągłymi oczami. – Nie tylko tymi rękami zabiłem człowieka, ale też nasz związek – spojrzał na nią oczami lekko czerwonymi od płaczu.
Dziewczyna patrzyła na niego i nie mogła powiedzieć ani słowa. Bo co może mu powiedzieć? Nie będą już razem. Już nie są. Jednak nie wie jak się to skończy. Czy ma mu podać rękę i pożegnać się? Nie umiała. Daniel wciąż za dużo dla niej znaczył…
- Daniel co mam ci teraz powiedzieć? – jęknęła bezradnie.
Chłopak wyciągnął rękę i przyłożył palec do jej serca.
- Że tutaj zawsze będzie dla mnie chociaż malutkie miejsce – szepnął ledwo słyszalnie.
Marta otworzyła szeroko oczy, po czym schowała twarz w dłoniach i zaczęła płakać głośno jak mała dziewczynka. Daniel nie wiedział czy ma do tego jeszcze prawo, ale otoczył ją ramionami i przytulił do siebie.
Dziewczyna poczuła, że te ramiona nie dają jej już poczucia bezpieczeństwa.
Rozdział 27
Robert zapukał do pokoju. Nie usłyszał zaproszenia, mimo to wszedł do środka. Podszedł do stolika i postawił na nim herbatę. Usiadł obok siostry i patrzył, jak łzy powoli spływają po jej policzkach na poduszkę.
- Słyszałem… co się stało – odezwał się cicho. – Nie śmiem oceniać Daniela, ale… Tak się spraw nie załatwia, wiesz o tym. Jak mu powiesz, że to byłaś ty?
- Wcale mu nie powiem – jęknęła płaczliwie. – Zawiodłam się na nim. Muszę pomyśleć co z tym zrobić. Mam do ciebie prośbę, nie mów nic Adamowi – spojrzała na niego błagalnie z dołu. – Nie będzie miał skrupułów i wpakuje go do więzienia. A ja jeszcze muszę się z tym oswoić.
- Dobra, nie ma sprawy – pogłaskał ją po ramieniu. – Tylko nie zwlekaj za długo. Sama dobrze wiesz, że to nie jest prosta sprawa.
Marta schowała twarz w poduszce. Robert zrozumiał, że chciałaby pobyć sama przez chwilę, więc wyszedł z pokoju, pozwalając jej opanować trochę zdenerwowanie, uspokoić się.
Jednak dziewczyna pozostając sama ze sobą, nie umiała siebie odnaleźć. Potrzebowała wsparcia, jakiegoś męskiego ramienia…
Daniel?
Daniel jest mordercą.
Adam?
Adam jest przeszłością…
Musiała liczyć tylko na siebie, zamknięta w tych czterech ścianach, na wilgotnej od łez poduszce… Może jak się obudzi, będzie znać odpowiedzi na kilka frapujących ją pytań. Głównie, dlaczego on to zrobił?
- Nigdy więcej nie tkniesz Marty! Nawet na nią nie spojrzysz, już ja się o to postaram – przypomniały jej się słowa Daniela, wypowiedziane w lesie.
Usiadła na łóżku i rozejrzała się przestraszona po pokoju. Czy Daniel zrobił to tylko dlatego, że Agata pobiła Martę wtedy na tej imprezie? Czy ona ma się teraz czuć współwinna?? Zaufała Danielowi, wierzyła w jego serdeczność i szczerość… więc dlaczego? Dlaczego to zrobił? Jeśli nie zobaczyłaby tego na własne oczy, na pewno by nie uwierzyła. Powoli zaczęła żałować, że pojechała za nimi.
*
Daniel stanął przed nią tak nagle, że o mało co nie upuściła książki z ręki.
- Cześć księżniczko – odezwał się zadowolony.
Marta uśmiechnęła się, próbując uciec wzrokiem od jego oczu. Nie była w stanie spojrzeć na niego, czuła lekki strach.
- Hej… Co u ciebie? – wyjąkała.
- Widzę, że już wiesz – Daniel posmutniał.
Marta spojrzała na niego, zapominając, że miała tego nie robić. Jego oczy były takie ciemne, takie straszne…
Chyba zaczynam wariować, pomyślała zrezygnowana.
- Wiem… o czym? – zdziwiła się.
- O Agacie. Przecież to po tobie widać. Przykra sprawa, no nie? – Daniel przeczesał sobie włosy i odetchnął lekko. – Bóg pokarał ją za krzywdę którą ci wyrządziła.
Marta spojrzała na niego ze złością szeroko otwartymi oczami.
Bóg? A przypadkiem nie ty?!
- Bóg nie dusi ludzi – syknęła.
Ominęła Daniela i ruszyła dalej korytarzem, mając nadzieję, że chłopak nie pobiegnie za nią. Wolała się nie odwracać, nie patrzeć na niego… Uczucie do Daniela prysło w jednej chwili jak bańka mydlana. Jednak Marta nie czuła się z tego powodu dumna. Była tym faktem rozczarowana, że w taki sposób zakończyło się jej uczucie do Daniela, który przecież okazał jej tyle ciepła, tylko miłości.
- Cześć. Ale dziś wszyscy mają humory – odezwała się Julita, dołączając do niej.
Marta spojrzała na nią zaskoczona. Dziewczyna też na nią spojrzała.
- Bo widząc po twojej minie, to pewnie już słyszałaś? – Julita mówiła niewyraźnie, trzymając w buzi wsuwkę do włosów, pracując nad zawiązaniem sobie kucyka.
Marta zdawała się nie rozumieć co mówi jej koleżanka. Słyszała jej słowa, jednak nie umiała ich poskładać w żadną sensowną całość.
- Tak, to straszne – odpowiedziała krótko.
- Wszystko w porządku? Bardzo się tym zmartwiłaś – zaniepokoiła się Julita.
Marta przystanęła i spojrzała na nią dosyć złowrogo. Dziewczyna lekko się przestraszyła.
- Tak. Wszystko w porządku. Ale czemu każdy się mnie ciągle o coś pyta? – spytała z pretensją. – Ja nic nie wiem, do cholery! – krzyknęła. Zdała sobie sprawę, że ta histeria była jej zupełnie niepotrzebna. – Widzimy się na matmie, muszę coś załatwić.
Odeszła od koleżanki, która stała bez ruchu, co chwila tylko mrugając oczami z niedowierzania. Musi coś ze sobą zrobić, bo ludzie gotowi pomyśleć, że to ona zabiła Agatę. Miała się opanować, a tymczasem zachowywała się jak rozhisteryzowana wariatka.
*
Magda otwierając drzwi spodziewała się zobaczyć wiele osób, jednak dwóch nieznanych jej policjantów na służbie nieco ją zaskoczyło.
- Taak? – spytała, nie wiedząc czemu panowie wciąż stoją bez słowa.
- Mieszka tutaj pani Marta Bing? Mamy do niej sprawę – oznajmił jeden mężczyzna, zdejmując nakrycie głowy.
Kobieta zmierzyła ich wzrokiem, po czym odsunęła się na bok, pozwalając im wejść do środka. Bez słowa poprowadziła ich do salonu. Z góry zbiegła nagle Marta.
- Idę odwiedzić Monikę. Przekazać jej coś… od ciebie… - spojrzała niepewnie na dwóch policjantów, wyczuwając powód ich obecności. – Niech zgadnę… panowie w sprawie śmierci Agaty?
- W sprawie morderstwa Agaty – poprawił jeden z mężczyzn. Uśmiechnął się do Marty, siadającej na fotelu naprzeciwko nich.
Jednak w tym uśmiechu wyczuła coś fałszywego. Miała wrażenie, że oni z góry już podchodzą do niej jak do potencjalnej sprawczyni tego czynu i to jej się nie spodobało, choć wolała tego nie pokazywać. Zakryła swoje podejrzenia miną niewinnej nastolatki, która przejęła się śmiercią koleżanki. Choć tak naprawdę przez cały czas miała wrażenie, że jeden z policjantów zaraz wyjmie kajdanki i zatrzymają ją za ukrywanie mordercy…
Pokręciła ledwo zauważalnie głową, chcąc wygonić te myśli z głowy.
- Wszystko w porządku? – spytał grubszy mężczyzna, z postury przypominający trochę Filipa, jednak z pewnością nie tak samo sympatyczny. Marta kiwnęła uspokajająco głową. – Zbieramy fakty, byliśmy już u kilku twoich znajomych. Każdemu zadajemy podstawowe pytanie. Czy podejrzewasz kto mógłby zabić Agatę?
Tego pytania się właśnie najbardziej obawiała. Jeśli skłamie, narobi sobie kłopotów… Nie była jednak gotowa na powiedzenie prawdy. Otworzyła buzię, nie wiedząc nawet co ma zamiar powiedzieć.
- Agata nie żyje?! – krzyknął ktoś z progu.
Wszyscy naraz odwrócili się. Adam stał mrużąc brwi, jakby podejrzewał, że nie bez powodu dowiaduje się tak późno.
- Znał pan ją? – drugi z policjantów, wysoki i szczupły założył nogę na nogę.
- Osobiście nie. Marta się z nią nie lubiła, co tu dużo mówić – mruknął, podchodząc bliżej.
- Czyli powiedzmy, że mogłaś mieć argument, żeby ją zabić – odezwał się znowu ten wyższy, machając w powietrzu nogą.
- Chwila, ja tego nie powiedziałem! Proszę sobie nie dopowiadać takich stwierdzeń! – żachnął się Adam.
- Adam poradzę sobie, możesz stąd pójść? Tylko pogarszasz moją sytuację – syknęła Marta. On o niczym nie wiedział. Może to i lepiej.
- Nie ma mowy. Oni cię zaraz zmuszą do przyznania się do winy! – krzyknął głośno. – Również jestem policjantem i nie pozwolę na takie przeinaczanie moich wypowiedzi, a tym bardziej na stawianie Marcie bezpodstawnych zarzutów.
Obaj jednak niezbyt przejęli się jego słowami. Obaj zapatrzyli się w papiery, które ze sobą mieli. Przez dłuższą chwilę milczeli, trzymając całą trójkę w niepewności. Jeden z mężczyzn zatrzymał się dłużej na jednej z kartek, widać było, że kilkakrotnie przeczytał pewien fragment. Położył kartki na stole, dzięki czemu Marta zauważyła dany fragment zakreślony czerwonym długopisem, kilka słów było podkreślonych.
Dziewczyna spojrzała na grubego policjanta, który patrzył na nią, jakby dziwił się „co, jeszcze nie wiesz o co mi chodzi?”.
- Ostatnia impreza u waszej koleżanki… - spojrzał w papiery i palcem wyszukał imienia. – Julity. Nie muszę tobie chyba przypominać, co tam się działo. Słyszałem kilka opinii o tym wydarzeniu. A stało się to dosyć niedawno. Zdajesz sobie sprawę, że to umieszcza cię na liście podejrzanych?
- Miałam do czynienia z podobnymi sprawami. Rozumiem wasze oskarżenia – powiedziała spuszczając głowę. Splotła ze sobą dłonie i na zmianę prostowała i zginała palce. – Ale to naprawdę nie ja ją zabiłam – nie mogła zapanować nad łzą, która poleciała jej z oka. Szybko ją wytarła.
- Gdzie byłaś tego wieczora, kiedy to się stało? – szczupły policjant wyjął z kieszonki długopis i był gotowy do notowania.
- Była tutaj razem ze swoim chłopakiem, uczyli się do egzaminu – odpowiedział szybko Adam.
Marta odwróciła się i spojrzała na niego okrągłymi oczami.
Coś ty najlepszego zrobił, pomyślała, mając ochotę na niego wrzasnąć.
Adam uśmiechnął się do niej uspokajająco, nie zdając sobie sprawy, że ustalenie z Danielem wspólnej wersji to nie jest tylko kwestia wykonania do niego telefonu. Poza tym Adam był przekonany o niewinności Marty (pewnie nawet nie dopuścił do siebie myśli, że mógłby to być Daniel!), inaczej nie dopuściłby się takiego kłamstwa. Sam będąc policjantem.
- A twoim chłopakiem jest… Daniel Michalski – odczytał otyły mężczyzna z kartki.
- Tak – to była jedyna rzecz, której była w danej chwili pewna.
- Właśnie się do niego wybieramy – rzekł policjant, podnosząc się z kanapy. – Jakbyś się czegoś dowiedziała, dzwoń – to mówiąc położył na stoliku podłużną karteczkę.
Drugi mężczyzna również wstał i obaj ruszyli w stronę drzwi, odprowadzeni przez Magdę. Adam spojrzał poważnym wzrokiem na Martę.
- Czy jest coś… co chciałabyś mi powiedzieć? – spytał cicho.
- Tak – przeniosła na niego wzrok, w jej oczach wyraźnie kłębiły się łzy. – Dobranoc.
Minęła go szybko, nie dając mu możliwości kontynuowania rozmowy i pobiegła na górę.
- Słyszałem… co się stało – odezwał się cicho. – Nie śmiem oceniać Daniela, ale… Tak się spraw nie załatwia, wiesz o tym. Jak mu powiesz, że to byłaś ty?
- Wcale mu nie powiem – jęknęła płaczliwie. – Zawiodłam się na nim. Muszę pomyśleć co z tym zrobić. Mam do ciebie prośbę, nie mów nic Adamowi – spojrzała na niego błagalnie z dołu. – Nie będzie miał skrupułów i wpakuje go do więzienia. A ja jeszcze muszę się z tym oswoić.
- Dobra, nie ma sprawy – pogłaskał ją po ramieniu. – Tylko nie zwlekaj za długo. Sama dobrze wiesz, że to nie jest prosta sprawa.
Marta schowała twarz w poduszce. Robert zrozumiał, że chciałaby pobyć sama przez chwilę, więc wyszedł z pokoju, pozwalając jej opanować trochę zdenerwowanie, uspokoić się.
Jednak dziewczyna pozostając sama ze sobą, nie umiała siebie odnaleźć. Potrzebowała wsparcia, jakiegoś męskiego ramienia…
Daniel?
Daniel jest mordercą.
Adam?
Adam jest przeszłością…
Musiała liczyć tylko na siebie, zamknięta w tych czterech ścianach, na wilgotnej od łez poduszce… Może jak się obudzi, będzie znać odpowiedzi na kilka frapujących ją pytań. Głównie, dlaczego on to zrobił?
- Nigdy więcej nie tkniesz Marty! Nawet na nią nie spojrzysz, już ja się o to postaram – przypomniały jej się słowa Daniela, wypowiedziane w lesie.
Usiadła na łóżku i rozejrzała się przestraszona po pokoju. Czy Daniel zrobił to tylko dlatego, że Agata pobiła Martę wtedy na tej imprezie? Czy ona ma się teraz czuć współwinna?? Zaufała Danielowi, wierzyła w jego serdeczność i szczerość… więc dlaczego? Dlaczego to zrobił? Jeśli nie zobaczyłaby tego na własne oczy, na pewno by nie uwierzyła. Powoli zaczęła żałować, że pojechała za nimi.
*
Daniel stanął przed nią tak nagle, że o mało co nie upuściła książki z ręki.
- Cześć księżniczko – odezwał się zadowolony.
Marta uśmiechnęła się, próbując uciec wzrokiem od jego oczu. Nie była w stanie spojrzeć na niego, czuła lekki strach.
- Hej… Co u ciebie? – wyjąkała.
- Widzę, że już wiesz – Daniel posmutniał.
Marta spojrzała na niego, zapominając, że miała tego nie robić. Jego oczy były takie ciemne, takie straszne…
Chyba zaczynam wariować, pomyślała zrezygnowana.
- Wiem… o czym? – zdziwiła się.
- O Agacie. Przecież to po tobie widać. Przykra sprawa, no nie? – Daniel przeczesał sobie włosy i odetchnął lekko. – Bóg pokarał ją za krzywdę którą ci wyrządziła.
Marta spojrzała na niego ze złością szeroko otwartymi oczami.
Bóg? A przypadkiem nie ty?!
- Bóg nie dusi ludzi – syknęła.
Ominęła Daniela i ruszyła dalej korytarzem, mając nadzieję, że chłopak nie pobiegnie za nią. Wolała się nie odwracać, nie patrzeć na niego… Uczucie do Daniela prysło w jednej chwili jak bańka mydlana. Jednak Marta nie czuła się z tego powodu dumna. Była tym faktem rozczarowana, że w taki sposób zakończyło się jej uczucie do Daniela, który przecież okazał jej tyle ciepła, tylko miłości.
- Cześć. Ale dziś wszyscy mają humory – odezwała się Julita, dołączając do niej.
Marta spojrzała na nią zaskoczona. Dziewczyna też na nią spojrzała.
- Bo widząc po twojej minie, to pewnie już słyszałaś? – Julita mówiła niewyraźnie, trzymając w buzi wsuwkę do włosów, pracując nad zawiązaniem sobie kucyka.
Marta zdawała się nie rozumieć co mówi jej koleżanka. Słyszała jej słowa, jednak nie umiała ich poskładać w żadną sensowną całość.
- Tak, to straszne – odpowiedziała krótko.
- Wszystko w porządku? Bardzo się tym zmartwiłaś – zaniepokoiła się Julita.
Marta przystanęła i spojrzała na nią dosyć złowrogo. Dziewczyna lekko się przestraszyła.
- Tak. Wszystko w porządku. Ale czemu każdy się mnie ciągle o coś pyta? – spytała z pretensją. – Ja nic nie wiem, do cholery! – krzyknęła. Zdała sobie sprawę, że ta histeria była jej zupełnie niepotrzebna. – Widzimy się na matmie, muszę coś załatwić.
Odeszła od koleżanki, która stała bez ruchu, co chwila tylko mrugając oczami z niedowierzania. Musi coś ze sobą zrobić, bo ludzie gotowi pomyśleć, że to ona zabiła Agatę. Miała się opanować, a tymczasem zachowywała się jak rozhisteryzowana wariatka.
*
Magda otwierając drzwi spodziewała się zobaczyć wiele osób, jednak dwóch nieznanych jej policjantów na służbie nieco ją zaskoczyło.
- Taak? – spytała, nie wiedząc czemu panowie wciąż stoją bez słowa.
- Mieszka tutaj pani Marta Bing? Mamy do niej sprawę – oznajmił jeden mężczyzna, zdejmując nakrycie głowy.
Kobieta zmierzyła ich wzrokiem, po czym odsunęła się na bok, pozwalając im wejść do środka. Bez słowa poprowadziła ich do salonu. Z góry zbiegła nagle Marta.
- Idę odwiedzić Monikę. Przekazać jej coś… od ciebie… - spojrzała niepewnie na dwóch policjantów, wyczuwając powód ich obecności. – Niech zgadnę… panowie w sprawie śmierci Agaty?
- W sprawie morderstwa Agaty – poprawił jeden z mężczyzn. Uśmiechnął się do Marty, siadającej na fotelu naprzeciwko nich.
Jednak w tym uśmiechu wyczuła coś fałszywego. Miała wrażenie, że oni z góry już podchodzą do niej jak do potencjalnej sprawczyni tego czynu i to jej się nie spodobało, choć wolała tego nie pokazywać. Zakryła swoje podejrzenia miną niewinnej nastolatki, która przejęła się śmiercią koleżanki. Choć tak naprawdę przez cały czas miała wrażenie, że jeden z policjantów zaraz wyjmie kajdanki i zatrzymają ją za ukrywanie mordercy…
Pokręciła ledwo zauważalnie głową, chcąc wygonić te myśli z głowy.
- Wszystko w porządku? – spytał grubszy mężczyzna, z postury przypominający trochę Filipa, jednak z pewnością nie tak samo sympatyczny. Marta kiwnęła uspokajająco głową. – Zbieramy fakty, byliśmy już u kilku twoich znajomych. Każdemu zadajemy podstawowe pytanie. Czy podejrzewasz kto mógłby zabić Agatę?
Tego pytania się właśnie najbardziej obawiała. Jeśli skłamie, narobi sobie kłopotów… Nie była jednak gotowa na powiedzenie prawdy. Otworzyła buzię, nie wiedząc nawet co ma zamiar powiedzieć.
- Agata nie żyje?! – krzyknął ktoś z progu.
Wszyscy naraz odwrócili się. Adam stał mrużąc brwi, jakby podejrzewał, że nie bez powodu dowiaduje się tak późno.
- Znał pan ją? – drugi z policjantów, wysoki i szczupły założył nogę na nogę.
- Osobiście nie. Marta się z nią nie lubiła, co tu dużo mówić – mruknął, podchodząc bliżej.
- Czyli powiedzmy, że mogłaś mieć argument, żeby ją zabić – odezwał się znowu ten wyższy, machając w powietrzu nogą.
- Chwila, ja tego nie powiedziałem! Proszę sobie nie dopowiadać takich stwierdzeń! – żachnął się Adam.
- Adam poradzę sobie, możesz stąd pójść? Tylko pogarszasz moją sytuację – syknęła Marta. On o niczym nie wiedział. Może to i lepiej.
- Nie ma mowy. Oni cię zaraz zmuszą do przyznania się do winy! – krzyknął głośno. – Również jestem policjantem i nie pozwolę na takie przeinaczanie moich wypowiedzi, a tym bardziej na stawianie Marcie bezpodstawnych zarzutów.
Obaj jednak niezbyt przejęli się jego słowami. Obaj zapatrzyli się w papiery, które ze sobą mieli. Przez dłuższą chwilę milczeli, trzymając całą trójkę w niepewności. Jeden z mężczyzn zatrzymał się dłużej na jednej z kartek, widać było, że kilkakrotnie przeczytał pewien fragment. Położył kartki na stole, dzięki czemu Marta zauważyła dany fragment zakreślony czerwonym długopisem, kilka słów było podkreślonych.
Dziewczyna spojrzała na grubego policjanta, który patrzył na nią, jakby dziwił się „co, jeszcze nie wiesz o co mi chodzi?”.
- Ostatnia impreza u waszej koleżanki… - spojrzał w papiery i palcem wyszukał imienia. – Julity. Nie muszę tobie chyba przypominać, co tam się działo. Słyszałem kilka opinii o tym wydarzeniu. A stało się to dosyć niedawno. Zdajesz sobie sprawę, że to umieszcza cię na liście podejrzanych?
- Miałam do czynienia z podobnymi sprawami. Rozumiem wasze oskarżenia – powiedziała spuszczając głowę. Splotła ze sobą dłonie i na zmianę prostowała i zginała palce. – Ale to naprawdę nie ja ją zabiłam – nie mogła zapanować nad łzą, która poleciała jej z oka. Szybko ją wytarła.
- Gdzie byłaś tego wieczora, kiedy to się stało? – szczupły policjant wyjął z kieszonki długopis i był gotowy do notowania.
- Była tutaj razem ze swoim chłopakiem, uczyli się do egzaminu – odpowiedział szybko Adam.
Marta odwróciła się i spojrzała na niego okrągłymi oczami.
Coś ty najlepszego zrobił, pomyślała, mając ochotę na niego wrzasnąć.
Adam uśmiechnął się do niej uspokajająco, nie zdając sobie sprawy, że ustalenie z Danielem wspólnej wersji to nie jest tylko kwestia wykonania do niego telefonu. Poza tym Adam był przekonany o niewinności Marty (pewnie nawet nie dopuścił do siebie myśli, że mógłby to być Daniel!), inaczej nie dopuściłby się takiego kłamstwa. Sam będąc policjantem.
- A twoim chłopakiem jest… Daniel Michalski – odczytał otyły mężczyzna z kartki.
- Tak – to była jedyna rzecz, której była w danej chwili pewna.
- Właśnie się do niego wybieramy – rzekł policjant, podnosząc się z kanapy. – Jakbyś się czegoś dowiedziała, dzwoń – to mówiąc położył na stoliku podłużną karteczkę.
Drugi mężczyzna również wstał i obaj ruszyli w stronę drzwi, odprowadzeni przez Magdę. Adam spojrzał poważnym wzrokiem na Martę.
- Czy jest coś… co chciałabyś mi powiedzieć? – spytał cicho.
- Tak – przeniosła na niego wzrok, w jej oczach wyraźnie kłębiły się łzy. – Dobranoc.
Minęła go szybko, nie dając mu możliwości kontynuowania rozmowy i pobiegła na górę.
Rozdział 26
Marta założyła kurtkę, starając się, żeby nie wydawać przy tym zbyt wiele hałasu. Może jej siostra nawet nie zauważy, że jej nie ma. A ona musi się dowiedzieć co tam się wydarzy, jakie oni mają zamiary.
Sięgnęła po klamkę, kiedy do przedpokoju wkroczył Adam.
- Gdzieś się wybierasz? – odezwał się.
Marta przyłożyła palec do ust, patrząc na niego błagalnie.
- Muszę się spotkać z Danielem, ma problemy w domu – mówiła szeptem. – Proszę cię, to bardzo ważne, a Magda może mi zabronić wychodzić tak późno.
Adam patrzył na nią długo pustym wzrokiem. Ma wyświadczać jej przysługę? Ma działać na korzyść Daniela?
Ale to była Marta. I jej zazwyczaj nie potrafił odmówić. Zwłaszcza, kiedy tak na niego patrzyła.
- Leć, póki Magda ucięła sobie drzemkę. Coś wymyślę – uśmiechnął się do niej ciepło.
Wciąż jest taki kochany jak kiedyś, pomyślała, odwzajemniając uśmiech.
Wychodząc z domu jednak, spoważniała na nowo. Wcale nie idzie spotkać się z Danielem, będzie go śledzić. Nie chciała tego mówić Adamowi, bo zaraz by się zmartwił i zabronił jej tej interwencji.
Wyciągnęła z garażu rower, postawiła kołnierz kurtki, założyła czapkę i ruszyła szybko w stronę szkoły. Ciemność była jej sprzymierzeńcem tego wieczora. Schowa się gdzieś za rogiem budynku i będzie obserwować całą sytuację. Czy chcą komuś zrobić krzywdę na terenie szkoły? To by była głupota…
Marta zdała sobie sprawę, że Daniel nie dzwonił do niej cały dzień. Ona tym bardziej nie szukała z nim kontaktu. Myśl o tym, że nie ona ma być ofiarą spisku, nie satysfakcjonowała jej do końca. Ponieważ Daniel i tak chciał zrobić coś złego i to nie ma znaczenia komu.
Chciała wjechać na teren szkoły, ale jeden jedyny samochód stojący na parkingu wzbudził jej podejrzenia. Zatrzymała się na chodniku i schowała za dużym busem zaparkowanym na krawężniku.
Stała daleko, jednak nie na tyle, by nie dostrzec trzech wyraźnych sylwetek, stojących w świetle latarni. Dwóch chłopaków próbowało kogoś wepchnąć do samochodu. Z pewnością byli to ci, których Marta miała zamiar śledzić. Zapewne niecodziennie dzieją się tu takie rzeczy.
Daniel z drugim chłopakiem wsiedli do samochodu i ruszyli. Marta po chwili również wsiadła na rower, chcąc być w bezpiecznej odległości, ale też by nie zgubić ich na którymś zakręcie.
Ja chyba śnię, pomyślała. Ledwo pożegnała się na dobre z pracą na posterunku, a jej życie wciąż przypomina niekiedy kiepski kryminał. Czemu ona? Czemu to wszystko przytrafia się jej? Głupie przeznaczenie? Czemu Daniel był słodki, uroczy, kochany, a teraz Marta panicznie się go bała, bo wieczorem wpycha kogoś do samochodu i wywozi gdzieś…
Samochód wyjechał z osiedla i powoli wjechał w leśną dróżkę. Marta poczuła, że jej strach się wzmaga.
Nastraszyć, tak? Bez problemu można to zrobić w wielu miejscach, a wywożenie kogoś do lasu, było zbędne w takiej sytuacji.
Zahamowała gwałtownie, widząc, że samochód przystaje daleko przed nią, Szybko zepchnęła rower do rowu, sama po chwili się w nim chowając. Chłopcy najwyraźniej jej nie zauważyli. Wyciągnęli tajemniczą „ją” z samochodu i poprowadzili do lasu. Marta nie mogła tak siedzieć i czekać. Powoli ruszyła przez las w ich kierunku.
- Powiecie coś w końcu? – usłyszała rozhisteryzowany kobiecy głos. – Odezwijcie się do mnie, kurwa mać! Wy jesteście nienormalni!!
- Agata, przymknij się! – wrzasnął Daniel. – Nigdy więcej nie tkniesz Marty! Nawet na nią nie spojrzysz, już ja się o to postaram!
Marta otworzyła szeroko oczy z przerażenia. Wolała już bliżej nie podchodzić. Głosy słyszała zbyt wyraźnie, nie miała ochoty oglądać tego przedstawienia.
- Aaa… Więc tu cię boli? – syknęła dziewczyna. – Biedna Martunia sama nie może o siebie zadbać? I wysyła ciebie? Nie widzisz, że ona się zachowuje jak mała dziwka? Robi takie słodkie oczka, wykorzystuje twoją popularność w klasie, by się wybić – mówiła zawistnym głosem.
- Zamknij się, ostrzegam cię – warknął Daniel, ruszając w jej kierunku.
- No dalej, uderz mnie. Ale to nie zmieni faktu, że Marta puszcza się gdzie popadnie. Myślisz, że czemu ten policjant Adam tak się do niej kleił?
Tego chłopak już nie wytrzymał. Rzucił się na nią, szamocząc nią mocno. Marta słyszała tylko jej przeraźliwie krzyki, po chwili zmieniły się one w dziwne jęki, jakby nie była w stanie wydusić nawet krzyku.
Marta zaczęła się cofać, z przerażeniem zdając sobie sprawę, że Daniel dusi Agatę. Miała ochotę krzyknąć, by przestał, ale w tej chwili panicznie się go bała.
- Stary, uspokój się – powiedział drugi chłopak, chcąc go odciągnąć.
Daniel po chwili sam puścił dziewczynę, która opadła na ziemię bezwładnie.
- Michał, co jej jest? – głos Daniela był drżący i przestraszony.
- Kurwa, zabiłeś ją! – krzyknął chłopak. – Mieliśmy ją tylko nastraszyć, co ty zrobiłeś?!
Chyba obaj byli zaskoczeni tym co się stało. Martę to jednak wcale nie uspokajało. Daniel stracił kontrolę i z zimną krwią udusił Agatę.
Dziewczyna powoli zaczęła się wycofywać, chcąc znaleźć się jak najdalej stąd. I jak najszybciej.
Jej komórka jednak nagle rozdzwoniła się, roznosząc melodię po całym lesie. Marta spojrzała na ekran, to była Magda.
Ale sobie wybrałaś moment siostrzyczko, pomyślała przestraszona.
- Hej! Kimkolwiek jesteś, jak cię dorwę, to się z tobą policzymy! – krzyknął Daniel i obaj zaczęli biec w jej stronę.
Marta miała jednak większą przewagę i z łatwością dobiegła do rowu, wyciągnęła z niego rower i spokojnie uciekła, widząc daleko w tyle chłopaków, którzy po chwili stanęli i zawrócili do samochodu. Dziewczyna jednak zdążyła pokręcić uliczkami osiedla, by spokojnie ich zgubić. Pewnie dopiero wyjeżdżają z lasu.
Jej komórka wciąż dzwoniła, wprawiając ją tylko w zdenerwowanie. Wciąż bała się, że biały mercedes wyjedzie za nią i rozpozna tą melodię. Jednak wjechała już w swoją ulicę i pedałując z całej siły, pędziła szybko, chcąc już być bezpieczna w domu. Tylko jak ona jutro spojrzy Danielowi w twarz?!
Wjechała na podwórko, wpakowała rower do garażu i wbiegła do domu siadając na półce w korytarzu. Oddychała szybko, próbując wygonić z siebie strach. Była już w końcu bezpieczna.
Zza rogu wychyliła się Magda, patrząc na nią surowo.
- Masz szlaban na wychodzenia przez dwa tygodnie – syknęła. – Na szczęście Adam nie umie kłamać…
Marta wstała i przytuliła się do niej. Rozpłakała się przeraźliwie głośno, łkając zdenerwowana.
- Co on ci zrobił? Coś ci powiedział? – spytała zmartwiona, głaszcząc ją po głowie.
- Magda, ja nie byłam umówiona z Danielem – szepnęła, nie chcąc, by ktoś jeszcze ją usłyszał. – Śledziłam go aż do lasu… On tam udusił Agatę! – pisnęła cicho.
Sięgnęła po klamkę, kiedy do przedpokoju wkroczył Adam.
- Gdzieś się wybierasz? – odezwał się.
Marta przyłożyła palec do ust, patrząc na niego błagalnie.
- Muszę się spotkać z Danielem, ma problemy w domu – mówiła szeptem. – Proszę cię, to bardzo ważne, a Magda może mi zabronić wychodzić tak późno.
Adam patrzył na nią długo pustym wzrokiem. Ma wyświadczać jej przysługę? Ma działać na korzyść Daniela?
Ale to była Marta. I jej zazwyczaj nie potrafił odmówić. Zwłaszcza, kiedy tak na niego patrzyła.
- Leć, póki Magda ucięła sobie drzemkę. Coś wymyślę – uśmiechnął się do niej ciepło.
Wciąż jest taki kochany jak kiedyś, pomyślała, odwzajemniając uśmiech.
Wychodząc z domu jednak, spoważniała na nowo. Wcale nie idzie spotkać się z Danielem, będzie go śledzić. Nie chciała tego mówić Adamowi, bo zaraz by się zmartwił i zabronił jej tej interwencji.
Wyciągnęła z garażu rower, postawiła kołnierz kurtki, założyła czapkę i ruszyła szybko w stronę szkoły. Ciemność była jej sprzymierzeńcem tego wieczora. Schowa się gdzieś za rogiem budynku i będzie obserwować całą sytuację. Czy chcą komuś zrobić krzywdę na terenie szkoły? To by była głupota…
Marta zdała sobie sprawę, że Daniel nie dzwonił do niej cały dzień. Ona tym bardziej nie szukała z nim kontaktu. Myśl o tym, że nie ona ma być ofiarą spisku, nie satysfakcjonowała jej do końca. Ponieważ Daniel i tak chciał zrobić coś złego i to nie ma znaczenia komu.
Chciała wjechać na teren szkoły, ale jeden jedyny samochód stojący na parkingu wzbudził jej podejrzenia. Zatrzymała się na chodniku i schowała za dużym busem zaparkowanym na krawężniku.
Stała daleko, jednak nie na tyle, by nie dostrzec trzech wyraźnych sylwetek, stojących w świetle latarni. Dwóch chłopaków próbowało kogoś wepchnąć do samochodu. Z pewnością byli to ci, których Marta miała zamiar śledzić. Zapewne niecodziennie dzieją się tu takie rzeczy.
Daniel z drugim chłopakiem wsiedli do samochodu i ruszyli. Marta po chwili również wsiadła na rower, chcąc być w bezpiecznej odległości, ale też by nie zgubić ich na którymś zakręcie.
Ja chyba śnię, pomyślała. Ledwo pożegnała się na dobre z pracą na posterunku, a jej życie wciąż przypomina niekiedy kiepski kryminał. Czemu ona? Czemu to wszystko przytrafia się jej? Głupie przeznaczenie? Czemu Daniel był słodki, uroczy, kochany, a teraz Marta panicznie się go bała, bo wieczorem wpycha kogoś do samochodu i wywozi gdzieś…
Samochód wyjechał z osiedla i powoli wjechał w leśną dróżkę. Marta poczuła, że jej strach się wzmaga.
Nastraszyć, tak? Bez problemu można to zrobić w wielu miejscach, a wywożenie kogoś do lasu, było zbędne w takiej sytuacji.
Zahamowała gwałtownie, widząc, że samochód przystaje daleko przed nią, Szybko zepchnęła rower do rowu, sama po chwili się w nim chowając. Chłopcy najwyraźniej jej nie zauważyli. Wyciągnęli tajemniczą „ją” z samochodu i poprowadzili do lasu. Marta nie mogła tak siedzieć i czekać. Powoli ruszyła przez las w ich kierunku.
- Powiecie coś w końcu? – usłyszała rozhisteryzowany kobiecy głos. – Odezwijcie się do mnie, kurwa mać! Wy jesteście nienormalni!!
- Agata, przymknij się! – wrzasnął Daniel. – Nigdy więcej nie tkniesz Marty! Nawet na nią nie spojrzysz, już ja się o to postaram!
Marta otworzyła szeroko oczy z przerażenia. Wolała już bliżej nie podchodzić. Głosy słyszała zbyt wyraźnie, nie miała ochoty oglądać tego przedstawienia.
- Aaa… Więc tu cię boli? – syknęła dziewczyna. – Biedna Martunia sama nie może o siebie zadbać? I wysyła ciebie? Nie widzisz, że ona się zachowuje jak mała dziwka? Robi takie słodkie oczka, wykorzystuje twoją popularność w klasie, by się wybić – mówiła zawistnym głosem.
- Zamknij się, ostrzegam cię – warknął Daniel, ruszając w jej kierunku.
- No dalej, uderz mnie. Ale to nie zmieni faktu, że Marta puszcza się gdzie popadnie. Myślisz, że czemu ten policjant Adam tak się do niej kleił?
Tego chłopak już nie wytrzymał. Rzucił się na nią, szamocząc nią mocno. Marta słyszała tylko jej przeraźliwie krzyki, po chwili zmieniły się one w dziwne jęki, jakby nie była w stanie wydusić nawet krzyku.
Marta zaczęła się cofać, z przerażeniem zdając sobie sprawę, że Daniel dusi Agatę. Miała ochotę krzyknąć, by przestał, ale w tej chwili panicznie się go bała.
- Stary, uspokój się – powiedział drugi chłopak, chcąc go odciągnąć.
Daniel po chwili sam puścił dziewczynę, która opadła na ziemię bezwładnie.
- Michał, co jej jest? – głos Daniela był drżący i przestraszony.
- Kurwa, zabiłeś ją! – krzyknął chłopak. – Mieliśmy ją tylko nastraszyć, co ty zrobiłeś?!
Chyba obaj byli zaskoczeni tym co się stało. Martę to jednak wcale nie uspokajało. Daniel stracił kontrolę i z zimną krwią udusił Agatę.
Dziewczyna powoli zaczęła się wycofywać, chcąc znaleźć się jak najdalej stąd. I jak najszybciej.
Jej komórka jednak nagle rozdzwoniła się, roznosząc melodię po całym lesie. Marta spojrzała na ekran, to była Magda.
Ale sobie wybrałaś moment siostrzyczko, pomyślała przestraszona.
- Hej! Kimkolwiek jesteś, jak cię dorwę, to się z tobą policzymy! – krzyknął Daniel i obaj zaczęli biec w jej stronę.
Marta miała jednak większą przewagę i z łatwością dobiegła do rowu, wyciągnęła z niego rower i spokojnie uciekła, widząc daleko w tyle chłopaków, którzy po chwili stanęli i zawrócili do samochodu. Dziewczyna jednak zdążyła pokręcić uliczkami osiedla, by spokojnie ich zgubić. Pewnie dopiero wyjeżdżają z lasu.
Jej komórka wciąż dzwoniła, wprawiając ją tylko w zdenerwowanie. Wciąż bała się, że biały mercedes wyjedzie za nią i rozpozna tą melodię. Jednak wjechała już w swoją ulicę i pedałując z całej siły, pędziła szybko, chcąc już być bezpieczna w domu. Tylko jak ona jutro spojrzy Danielowi w twarz?!
Wjechała na podwórko, wpakowała rower do garażu i wbiegła do domu siadając na półce w korytarzu. Oddychała szybko, próbując wygonić z siebie strach. Była już w końcu bezpieczna.
Zza rogu wychyliła się Magda, patrząc na nią surowo.
- Masz szlaban na wychodzenia przez dwa tygodnie – syknęła. – Na szczęście Adam nie umie kłamać…
Marta wstała i przytuliła się do niej. Rozpłakała się przeraźliwie głośno, łkając zdenerwowana.
- Co on ci zrobił? Coś ci powiedział? – spytała zmartwiona, głaszcząc ją po głowie.
- Magda, ja nie byłam umówiona z Danielem – szepnęła, nie chcąc, by ktoś jeszcze ją usłyszał. – Śledziłam go aż do lasu… On tam udusił Agatę! – pisnęła cicho.
środa, 29 sierpnia 2007
Rozdział 25
Z Sali wyszła pielęgniarka, zamykając delikatnie drzwi. Marta podbiegła do niej.
- I jak?
- Pani Monika odzyskuje przytomność. Pytała o… Darka? – powiedziała niepewnie sama do siebie.
Mężczyzna rzucił gazetę na kanapę i szybko wstał.
- Można już do niej wejść? Jak ona się czuje?
- Jak po operacji. Jest osłabiona, ale odzyskuje siły. Na rezultaty musimy jeszcze poczekać. Może pan do niej wejść...
Marta podeszła do mężczyzny i przytuliła jego rękę.
- Proszę cię, pozwól mi zamienić z nią dwa słowa – szepnęła.
Darek obejrzał się na Magdę i kiwnął do niej głową.
- Co ty na to? – spytał jej.
- Daj jej dwie minuty. Ale – kobieta wycelowała palcem w stronę siostry. – Tylko dlatego, że spotkała cię dziś ta nieprzyjemna sytuacja. I pamiętaj, nie opowiadaj o tym Monice, nie można jej denerwować.
Marta szerokim uśmiechem podziękowała im i weszła szybko do pokoju, zamykając cicho drzwi.
- Darek? – jęknęła Monika.
- Nie, to ja, Marta – szepnęła, jakby w pomieszczeniu było jeszcze jakieś śpiące dziecko.
- Co tu robisz? Twoja siostra mówiła, że nie dasz rady dziś być? Już się wyuczyłyście? – kobieta zaśmiała się krótko.
Marta usiadła na krześle obok niej i złapała ją za rękę.
- Nie wiem co ci powiedziała Magda. Prawda jest taka, że... przepraszam cię, olałam całą sprawę – położyła głowę na pościeli obok ręki koleżanki. – Wybrałam się na imprezę, nie licząc się z tobą… z nikim.
Kobieta położyła rękę na jej głowie.
- Głuptasie, nie rozklejaj mi się tutaj. Na szczęście nie miałaś być moim lekarzem, więc nawet nie zauważyłam twojej nieobecności.
Obie zaśmiały się wesoło. Monika musiała się powstrzymać, bo była jeszcze obolała po operacji. Marta usiadła prosto i spojrzała z uśmiechem na koleżankę.
- Pomimo że to ja miałam operację, a ty wracasz z imprezy, to jednak chyba wyglądam lepiej od ciebie.
Marta dotknęła bolącego policzka, który był jeszcze lekko zaczerwieniony. Przypomniało jej się o rozdartej bluzce.
- Daj spokój, nie uwierzysz… – Marta obejrzała się na drzwi, czy Darek nie wchodzi. – Miałam ci o tym nie mówić, żeby cię nie denerwować. Ale tak z perspektywy czasu, to mnie to bardziej śmieszy, więc ci szybko opowiem.
- Zamieniam się w słuch – oznajmiła rozpromieniona.
- A więc… jakby ci to powiedzieć… Impreza się niezbyt udała – zaczęła ze skrzywioną miną. – Na dworze wiał baaaardzo silny wiatr, a w środku za to było niezwykle głośno, gorąco i tętniło życiem…
*
Dziewczyna zbiegła po schodach, zarzucając torbę na ramię. W szkole panowały straszne pustki, chyba ona jedyna tak długo przebierała się po aerobiku. Ale strasznie to polubiła i chyba chętniej będzie się wybierać na te zajęcia, zwłaszcza, że dziewczyny z jej klasy też były za, a wiadomo, w grupie zawsze raźniej.
Wyjęła telefon, chcąc zadzwonić do Magdy, że zaraz wraca. Może czasami nie zachowywała się zbyt odpowiednio, ale nauczyła się już informować siostrę o późniejszych powrotach do domu.
Zaczęła schodzić coraz wolniej, nie mogąc znaleźć Magdy w spisie telefonów. Za rogiem doszły ją męskie szepty, podejrzanie ciche i tajemnicze.
- To co, mogę na ciebie liczyć? – spytał jeden z głosów.
- Jasne – oznajmił drugi. – To widzimy się tutaj o siódmej?
- Tak. Ja będę już z nią. Trochę ją nastraszymy, to nas popamięta – syknął chłopak.
Marta wystawiła oczy, wiedząc, że jeśli teraz tych dwóch by ją zauważyło, mogłaby mieć kłopoty. Chłopaki ustalili jeszcze dokładne szczegóły, a dziewczyna stała przy schodach mając nadzieję, że pójdą w stronę wyjścia i będzie mogła spokojnie odetchnąć.
Kiedy drzwiczki szafki zatrzasnęły się, chłopcy odeszli, a wraz z nimi ich głosy, cichnące z każdą chwilą. Mówili już normalnie, omawiając jakieś sprawy związane z zawodami sportowymi.
Wychyliła się lekko i spojrzała na chłopaków. Rozpoznała kurtkę jednego z nich, czując łzy napływające jej do oczu. Należała z pewnością do Daniela, była charakterystyczna i niestety, ale zawsze i wszędzie by ją rozpoznała. Choć tak bardzo chciałaby się mylić...
Komu mogliby chcieć zrobić krzywdę? Chyba nie... jej?
- I jak?
- Pani Monika odzyskuje przytomność. Pytała o… Darka? – powiedziała niepewnie sama do siebie.
Mężczyzna rzucił gazetę na kanapę i szybko wstał.
- Można już do niej wejść? Jak ona się czuje?
- Jak po operacji. Jest osłabiona, ale odzyskuje siły. Na rezultaty musimy jeszcze poczekać. Może pan do niej wejść...
Marta podeszła do mężczyzny i przytuliła jego rękę.
- Proszę cię, pozwól mi zamienić z nią dwa słowa – szepnęła.
Darek obejrzał się na Magdę i kiwnął do niej głową.
- Co ty na to? – spytał jej.
- Daj jej dwie minuty. Ale – kobieta wycelowała palcem w stronę siostry. – Tylko dlatego, że spotkała cię dziś ta nieprzyjemna sytuacja. I pamiętaj, nie opowiadaj o tym Monice, nie można jej denerwować.
Marta szerokim uśmiechem podziękowała im i weszła szybko do pokoju, zamykając cicho drzwi.
- Darek? – jęknęła Monika.
- Nie, to ja, Marta – szepnęła, jakby w pomieszczeniu było jeszcze jakieś śpiące dziecko.
- Co tu robisz? Twoja siostra mówiła, że nie dasz rady dziś być? Już się wyuczyłyście? – kobieta zaśmiała się krótko.
Marta usiadła na krześle obok niej i złapała ją za rękę.
- Nie wiem co ci powiedziała Magda. Prawda jest taka, że... przepraszam cię, olałam całą sprawę – położyła głowę na pościeli obok ręki koleżanki. – Wybrałam się na imprezę, nie licząc się z tobą… z nikim.
Kobieta położyła rękę na jej głowie.
- Głuptasie, nie rozklejaj mi się tutaj. Na szczęście nie miałaś być moim lekarzem, więc nawet nie zauważyłam twojej nieobecności.
Obie zaśmiały się wesoło. Monika musiała się powstrzymać, bo była jeszcze obolała po operacji. Marta usiadła prosto i spojrzała z uśmiechem na koleżankę.
- Pomimo że to ja miałam operację, a ty wracasz z imprezy, to jednak chyba wyglądam lepiej od ciebie.
Marta dotknęła bolącego policzka, który był jeszcze lekko zaczerwieniony. Przypomniało jej się o rozdartej bluzce.
- Daj spokój, nie uwierzysz… – Marta obejrzała się na drzwi, czy Darek nie wchodzi. – Miałam ci o tym nie mówić, żeby cię nie denerwować. Ale tak z perspektywy czasu, to mnie to bardziej śmieszy, więc ci szybko opowiem.
- Zamieniam się w słuch – oznajmiła rozpromieniona.
- A więc… jakby ci to powiedzieć… Impreza się niezbyt udała – zaczęła ze skrzywioną miną. – Na dworze wiał baaaardzo silny wiatr, a w środku za to było niezwykle głośno, gorąco i tętniło życiem…
*
Dziewczyna zbiegła po schodach, zarzucając torbę na ramię. W szkole panowały straszne pustki, chyba ona jedyna tak długo przebierała się po aerobiku. Ale strasznie to polubiła i chyba chętniej będzie się wybierać na te zajęcia, zwłaszcza, że dziewczyny z jej klasy też były za, a wiadomo, w grupie zawsze raźniej.
Wyjęła telefon, chcąc zadzwonić do Magdy, że zaraz wraca. Może czasami nie zachowywała się zbyt odpowiednio, ale nauczyła się już informować siostrę o późniejszych powrotach do domu.
Zaczęła schodzić coraz wolniej, nie mogąc znaleźć Magdy w spisie telefonów. Za rogiem doszły ją męskie szepty, podejrzanie ciche i tajemnicze.
- To co, mogę na ciebie liczyć? – spytał jeden z głosów.
- Jasne – oznajmił drugi. – To widzimy się tutaj o siódmej?
- Tak. Ja będę już z nią. Trochę ją nastraszymy, to nas popamięta – syknął chłopak.
Marta wystawiła oczy, wiedząc, że jeśli teraz tych dwóch by ją zauważyło, mogłaby mieć kłopoty. Chłopaki ustalili jeszcze dokładne szczegóły, a dziewczyna stała przy schodach mając nadzieję, że pójdą w stronę wyjścia i będzie mogła spokojnie odetchnąć.
Kiedy drzwiczki szafki zatrzasnęły się, chłopcy odeszli, a wraz z nimi ich głosy, cichnące z każdą chwilą. Mówili już normalnie, omawiając jakieś sprawy związane z zawodami sportowymi.
Wychyliła się lekko i spojrzała na chłopaków. Rozpoznała kurtkę jednego z nich, czując łzy napływające jej do oczu. Należała z pewnością do Daniela, była charakterystyczna i niestety, ale zawsze i wszędzie by ją rozpoznała. Choć tak bardzo chciałaby się mylić...
Komu mogliby chcieć zrobić krzywdę? Chyba nie... jej?
Rozdział 24
Adam włożył pistolet do kabury i zasunął kurtkę. Już miał wychodzić, kiedy z góry zbiegła Marta.
- O hej, może cię podwieźć do szkoły? – spytał. – Jeśli się pospieszysz...
- Nie, dzięki – przerwała mu, kładąc pod ścianą plecak. – Jeszcze mnie pobijesz.
Chłopak spojrzał na nią z otwartą buzią, chcąc powiedzieć na pewno zbyt wiele. Policzył jednak do pięciu i powstrzymał się przed tym.
- Uważam, że sobie na to zasłużył – mruknął.
- Co? Jesteś żałosny – syknęła. – Zupełny brak samokrytyki – dodała lekko melodyjnym tonem, mając nadzieję, że go to zdenerwuje.
Adam zmienił minę na bardziej poważną. Widać było, że zaraz zacznie się kazanie, czego Marta nienawidziła.
- Zresztą powiem ci coś jeszcze – powiedział Adam dając jej do zrozumienia, żeby nie odchodziła, widząc, że już sięgała po plecak. – Bardzo się zmieniłaś. I tu nie chodzi tylko o wygląd, ale o charakter. Stałaś się bardziej stanowcza, nieustępliwa, a przede wszystkim chamska. To pewnie on cię tak zmienił.
- To już moja sprawa. A Daniela się nie czepiaj! – krzyknęła. Stanęła na palcach, ledwo dosięgając kurtki na wieszaku. Chciała ją zdjąć, jednak Adam złapał ją za rękę, zatrzymując ją.
- Nie tylko twoja. Magdy i Roberta też. Jeśli myślisz, że jesteś fajna, to się mylisz – Adam puścił ją, zdjął kurtkę i podał jej. Dziewczyna wyrwała mu ją gwałtownie.
- Odezwał się ten, co idzie z duchem czasu – powiedziała cicho Marta. Owinęła szalik dookoła szyi i chciała go minąć, jednak Adam specjalnie stanął na środku korytarza.
- Pamiętaj, że cię ostrzegałem. Później będziesz tego żałować. Ani się obejrzysz, a zaczniesz się obracać w złym towarzystwie, zejdziesz na złą drogę.
- O, dobry pomysł – powiedziała mijając go wreszcie.
- Nie żartuj sobie z tego. Pamiętaj, nie bądź taka do przodu, bo ci z tyłu zabraknie.
Marta obejrzała się na niego z ironicznym spojrzeniem. Uniosła brwi do góry i skrzywiła się.
- Wiesz co, idź do diabła – powiedziała wychodząc i trzaskając za sobą drzwiami z całej siły.
*
Marta szybko wysiadła z samochodu, ponaglając Daniela. Ten wysiadł powoli, rozmawiając jeszcze z Andrzejem. Podziękował mu za podwiezienie, zamknął drzwi i klepnął w dach seata, dając mu błogosławieństwo na dalszą drogę. Podążał za Martą, która niczym małe dziecko, ciągnęła go za rękę, niezadowolona z jego ociągania się.
- Rybko, zdążymy – mruknął rozbawiony.
- Zimno mi, chce wreszcie wejść do środka – powiedziała niezadowolona z jego rozbawienia.
Marta chwyciła za klamkę chcąc otworzyć drzwi, jednak ktoś ze środka był szybszy. Zderzyła się z kolegą z klasy.
- O, witajcie – powiedział, kłaniając im się zabawnie. – Julita cię szuka, ostatnio widziałem ją na górze.
- A ty już spadasz? – zdziwił się Daniel.
Chłopak wyszczerzył zęby, w rozbawieniu.
- Tiaa… nie no prowiant się skończył, lecę z chłopakami do monopolowego – powiedział szeptem. – Tylko nie mówcie nikomu, bo sobie pójdą – to mówiąc dołączył do kolegów, którzy przed chwilą minęli go szybkim krokiem.
Marta tylko spojrzała zdziwiona na Daniela, po czym weszła szybko do domu, bo nie miała zbyt wiele na sobie, a na dworze wiał zimny wiatr.
- Poszukam Julity, później się znajdziemy – pocałowała go i pobiegła na górę.
Wyjęła telefon z kieszeni, chcąc napisać smsa do koleżanki, choć szczerze wątpiła, że uda im się w ten sposób odnaleźć. Na ekranie miała informację o nieodebranym połączeniu od Magdy. Dzwoniła do niej, mając nadzieję, że jej siostra zmieniła zdanie. Ona jednak dziś chciała się po prostu wyszaleć.
Ktoś nagle zastąpił jej drogę. Schowała telefon do kieszeni i uniosła głowę do góry w nadziei, że na stopniu wyżej stoi Julita. Była to jednak Agata, dziewczyna, z którą Marta nie zamieniła ani słowa od czasu, jak są w tej samej klasie, ponieważ nie byłoby to miłe starcie. Siostry obu dziewczyn nie przepadają za sobą. Sama Marta nie miała nic do Agaty, na jej twarzy jednak wypisana była złość i duma, które nie wróżyły nic pozytywnego.
- O hej, widziałaś gdzieś może Julitę? Podobno mnie szukała…
- Powiem raz, wypieprzaj stąd – syknęła. – Nikt cię tu nie chce.
Pchnęła lekko Martę, która musiała powoli omijać schodki w dół, by nie upaść i nie potoczyć się po nich. Miała już to nieprzyjemne doświadczenie za sobą, dlatego wolała go uniknąć na przyszłość.
- Jakoś nikt wcześniej mi tego nie mówił. Więc wybacz, ale chyba mówisz tylko i wyłącznie w swoim imieniu – próbowała być nawet miła, choć bała się, że Agata w gadce jest lepsza i może powiedzieć jej coś przykrego.
- Nasza klasa była zgrana, dopóki się w niej nie pojawiłaś. Osiemnastka o twarzy małej laleczki i jeszcze łapie się za szesnastolatka – to mówiąc zaśmiała się i znów ją pchnęła.
- Nie twoja sprawa. Jak ci się coś nie podoba, możesz sama stąd iść. Wątpię, by ktokolwiek za tobą płakał – tym razem odepchnęła jej ręce, które znów chciały ją szturchnąć.
Agata jednak uśmiechnęła się szyderczo i pociągnęła Martę za bluzkę do ciemnego pomieszczenia obok. Marta przewróciła się o jakieś krzesło i upadła. Agata nie widziała nic, jednak na oślep zaczęła ją okładać pięściami, targać za włosy.
- Uspokój się! – dziewczyna próbowała się bronić, udało jej się raz uderzyć Agatę, co jej jednak nie osłabiło. – Jesteś nienormalna i teraz to się wszyscy dowiedzą!
- Ho ho, chociaż byście drzwi zamknęli, nie macie wstydu – powiedział ktoś, po czym zapalił światło. Jednak ujrzał niekoniecznie to, czego się spodziewał. – O cholera…
Agata z wrogą miną, lekko dysząc spojrzała na chłopaka, trzymając Martę za chabety. Ten podszedł i odciągnął Agatę od poszkodowanej.
- Wszystko w porządku? – spytał się troskliwie.
W tym momencie do kuchni wszedł Daniel z Julitą. Obie dziewczyny siedzące na podłodze nie wyglądały zbyt przyjemnie. Obie potargane, Marta miała lekko zaczerwieniony policzek pod jednym okiem i zadrapanie po pazurze Agaty na szyi.
- Marta? – wymamrotała Julita. Spojrzała na Daniela, który nie był w stanie nic powiedzieć.
Patrzył raz na jedną, raz na drugą. Marta miała minę, jakby się miała zaraz rozpłakać, jej bluzka była lekko naderwana przy rękawie. Agata natomiast wciąż oddychała ciężko, zapewne czując, że znalazła się w niezbyt odpowiedniej sytuacji. Daniel postawił butelkę piwa na stole przy drzwiach i podszedł powoli do Agaty.
- Ty suko, rozniosę cię – syknął złowrogo.
Julita szybko złapała go w pasie z tyłu.
- Nie nie, proszę cię. Nie chcemy żadnej awantury, prawda? – mówiła do niego spokojnym głosem, po czym zwróciła się do Agaty: – Radzę ci stąd spieprzać, póki jestem w stanie go utrzymać, bo może się to dla ciebie źle skończyć – oznajmiła, próbując zatrzymać Daniela, jednak tylko ślizgała się po posadzce kuchni. Agata wciąż siedziała na podłodze. – To może powiem inaczej… Wynoś się stąd!! – wrzasnęła.
Agata momentalnie podniosła się z podłogi i wybiegła na zewnątrz tylnimi drzwiami. Julita puściła Daniela, ten na szczęście nie pobiegł za dziewczyną. Powoli się uspokajał. Podszedł do Marty i kucnął obok niej.
- Księżniczko? – spytał niepewnie.
W tej chwili najmniej było jej to potrzebne. Zapatrzyła się przed siebie bez celu.
- Czemu ona to zrobiła? Nie zdążyłam się jeszcze rozkręcić, a ona już popsuła mi cały wieczór – jęknęła płaczliwie.
- Marta, ona jest po prostu zazdrosna, bo w klasie nigdy nie była lubiana i tyle – Julita nachyliła się i oparła ręce o kolana. – A ciebie każdy od razu polubił i to ją boli.
Marta uniosła na nią wzrok i spotkała się z ciepłym uśmiechem koleżanki, który odwzajemniła.
- Coś sobie życzysz? Przynieść ci coś do picia? Może usiądziesz na chwilę na kanapie? – Daniel mówił drążącym głosem.
W tej chwili Marcie przypomniały się słowa Adama.
- Nie bądź taka do przodu, bo ci z tyłu zabraknie – i ten jego poważny głos...
- Daniel? Pojedziesz ze mną do szpitala?
Chłopak zaczesał jej włosy do tyłu.
- Naturalnie. A coś cię boli? – ujął w dłonie jej twarz, całą zalaną łzami.
- Tak, sumienie – po czym rozbeczała się jak dziecko. – Monika ma teraz operację, muszę tam być.
Daniel spojrzał na nią zdziwiony, po czym uśmiechnął się uspokajająco. Przytulił ją do siebie mocno. Poczuła ciepło bijące od niego. Wtuliła się w niego mocniej, gładząc go delikatnie po plecach.
- Chodź, doprowadzimy cię do porządku i pójdziemy złapać jakąś taksówkę.
Wstał i wyciągnął do niej rękę. Dziewczyna z niemrawym uśmiechem wytarła łzy z policzków i chwyciła jego dłoń.
- O hej, może cię podwieźć do szkoły? – spytał. – Jeśli się pospieszysz...
- Nie, dzięki – przerwała mu, kładąc pod ścianą plecak. – Jeszcze mnie pobijesz.
Chłopak spojrzał na nią z otwartą buzią, chcąc powiedzieć na pewno zbyt wiele. Policzył jednak do pięciu i powstrzymał się przed tym.
- Uważam, że sobie na to zasłużył – mruknął.
- Co? Jesteś żałosny – syknęła. – Zupełny brak samokrytyki – dodała lekko melodyjnym tonem, mając nadzieję, że go to zdenerwuje.
Adam zmienił minę na bardziej poważną. Widać było, że zaraz zacznie się kazanie, czego Marta nienawidziła.
- Zresztą powiem ci coś jeszcze – powiedział Adam dając jej do zrozumienia, żeby nie odchodziła, widząc, że już sięgała po plecak. – Bardzo się zmieniłaś. I tu nie chodzi tylko o wygląd, ale o charakter. Stałaś się bardziej stanowcza, nieustępliwa, a przede wszystkim chamska. To pewnie on cię tak zmienił.
- To już moja sprawa. A Daniela się nie czepiaj! – krzyknęła. Stanęła na palcach, ledwo dosięgając kurtki na wieszaku. Chciała ją zdjąć, jednak Adam złapał ją za rękę, zatrzymując ją.
- Nie tylko twoja. Magdy i Roberta też. Jeśli myślisz, że jesteś fajna, to się mylisz – Adam puścił ją, zdjął kurtkę i podał jej. Dziewczyna wyrwała mu ją gwałtownie.
- Odezwał się ten, co idzie z duchem czasu – powiedziała cicho Marta. Owinęła szalik dookoła szyi i chciała go minąć, jednak Adam specjalnie stanął na środku korytarza.
- Pamiętaj, że cię ostrzegałem. Później będziesz tego żałować. Ani się obejrzysz, a zaczniesz się obracać w złym towarzystwie, zejdziesz na złą drogę.
- O, dobry pomysł – powiedziała mijając go wreszcie.
- Nie żartuj sobie z tego. Pamiętaj, nie bądź taka do przodu, bo ci z tyłu zabraknie.
Marta obejrzała się na niego z ironicznym spojrzeniem. Uniosła brwi do góry i skrzywiła się.
- Wiesz co, idź do diabła – powiedziała wychodząc i trzaskając za sobą drzwiami z całej siły.
*
Marta szybko wysiadła z samochodu, ponaglając Daniela. Ten wysiadł powoli, rozmawiając jeszcze z Andrzejem. Podziękował mu za podwiezienie, zamknął drzwi i klepnął w dach seata, dając mu błogosławieństwo na dalszą drogę. Podążał za Martą, która niczym małe dziecko, ciągnęła go za rękę, niezadowolona z jego ociągania się.
- Rybko, zdążymy – mruknął rozbawiony.
- Zimno mi, chce wreszcie wejść do środka – powiedziała niezadowolona z jego rozbawienia.
Marta chwyciła za klamkę chcąc otworzyć drzwi, jednak ktoś ze środka był szybszy. Zderzyła się z kolegą z klasy.
- O, witajcie – powiedział, kłaniając im się zabawnie. – Julita cię szuka, ostatnio widziałem ją na górze.
- A ty już spadasz? – zdziwił się Daniel.
Chłopak wyszczerzył zęby, w rozbawieniu.
- Tiaa… nie no prowiant się skończył, lecę z chłopakami do monopolowego – powiedział szeptem. – Tylko nie mówcie nikomu, bo sobie pójdą – to mówiąc dołączył do kolegów, którzy przed chwilą minęli go szybkim krokiem.
Marta tylko spojrzała zdziwiona na Daniela, po czym weszła szybko do domu, bo nie miała zbyt wiele na sobie, a na dworze wiał zimny wiatr.
- Poszukam Julity, później się znajdziemy – pocałowała go i pobiegła na górę.
Wyjęła telefon z kieszeni, chcąc napisać smsa do koleżanki, choć szczerze wątpiła, że uda im się w ten sposób odnaleźć. Na ekranie miała informację o nieodebranym połączeniu od Magdy. Dzwoniła do niej, mając nadzieję, że jej siostra zmieniła zdanie. Ona jednak dziś chciała się po prostu wyszaleć.
Ktoś nagle zastąpił jej drogę. Schowała telefon do kieszeni i uniosła głowę do góry w nadziei, że na stopniu wyżej stoi Julita. Była to jednak Agata, dziewczyna, z którą Marta nie zamieniła ani słowa od czasu, jak są w tej samej klasie, ponieważ nie byłoby to miłe starcie. Siostry obu dziewczyn nie przepadają za sobą. Sama Marta nie miała nic do Agaty, na jej twarzy jednak wypisana była złość i duma, które nie wróżyły nic pozytywnego.
- O hej, widziałaś gdzieś może Julitę? Podobno mnie szukała…
- Powiem raz, wypieprzaj stąd – syknęła. – Nikt cię tu nie chce.
Pchnęła lekko Martę, która musiała powoli omijać schodki w dół, by nie upaść i nie potoczyć się po nich. Miała już to nieprzyjemne doświadczenie za sobą, dlatego wolała go uniknąć na przyszłość.
- Jakoś nikt wcześniej mi tego nie mówił. Więc wybacz, ale chyba mówisz tylko i wyłącznie w swoim imieniu – próbowała być nawet miła, choć bała się, że Agata w gadce jest lepsza i może powiedzieć jej coś przykrego.
- Nasza klasa była zgrana, dopóki się w niej nie pojawiłaś. Osiemnastka o twarzy małej laleczki i jeszcze łapie się za szesnastolatka – to mówiąc zaśmiała się i znów ją pchnęła.
- Nie twoja sprawa. Jak ci się coś nie podoba, możesz sama stąd iść. Wątpię, by ktokolwiek za tobą płakał – tym razem odepchnęła jej ręce, które znów chciały ją szturchnąć.
Agata jednak uśmiechnęła się szyderczo i pociągnęła Martę za bluzkę do ciemnego pomieszczenia obok. Marta przewróciła się o jakieś krzesło i upadła. Agata nie widziała nic, jednak na oślep zaczęła ją okładać pięściami, targać za włosy.
- Uspokój się! – dziewczyna próbowała się bronić, udało jej się raz uderzyć Agatę, co jej jednak nie osłabiło. – Jesteś nienormalna i teraz to się wszyscy dowiedzą!
- Ho ho, chociaż byście drzwi zamknęli, nie macie wstydu – powiedział ktoś, po czym zapalił światło. Jednak ujrzał niekoniecznie to, czego się spodziewał. – O cholera…
Agata z wrogą miną, lekko dysząc spojrzała na chłopaka, trzymając Martę za chabety. Ten podszedł i odciągnął Agatę od poszkodowanej.
- Wszystko w porządku? – spytał się troskliwie.
W tym momencie do kuchni wszedł Daniel z Julitą. Obie dziewczyny siedzące na podłodze nie wyglądały zbyt przyjemnie. Obie potargane, Marta miała lekko zaczerwieniony policzek pod jednym okiem i zadrapanie po pazurze Agaty na szyi.
- Marta? – wymamrotała Julita. Spojrzała na Daniela, który nie był w stanie nic powiedzieć.
Patrzył raz na jedną, raz na drugą. Marta miała minę, jakby się miała zaraz rozpłakać, jej bluzka była lekko naderwana przy rękawie. Agata natomiast wciąż oddychała ciężko, zapewne czując, że znalazła się w niezbyt odpowiedniej sytuacji. Daniel postawił butelkę piwa na stole przy drzwiach i podszedł powoli do Agaty.
- Ty suko, rozniosę cię – syknął złowrogo.
Julita szybko złapała go w pasie z tyłu.
- Nie nie, proszę cię. Nie chcemy żadnej awantury, prawda? – mówiła do niego spokojnym głosem, po czym zwróciła się do Agaty: – Radzę ci stąd spieprzać, póki jestem w stanie go utrzymać, bo może się to dla ciebie źle skończyć – oznajmiła, próbując zatrzymać Daniela, jednak tylko ślizgała się po posadzce kuchni. Agata wciąż siedziała na podłodze. – To może powiem inaczej… Wynoś się stąd!! – wrzasnęła.
Agata momentalnie podniosła się z podłogi i wybiegła na zewnątrz tylnimi drzwiami. Julita puściła Daniela, ten na szczęście nie pobiegł za dziewczyną. Powoli się uspokajał. Podszedł do Marty i kucnął obok niej.
- Księżniczko? – spytał niepewnie.
W tej chwili najmniej było jej to potrzebne. Zapatrzyła się przed siebie bez celu.
- Czemu ona to zrobiła? Nie zdążyłam się jeszcze rozkręcić, a ona już popsuła mi cały wieczór – jęknęła płaczliwie.
- Marta, ona jest po prostu zazdrosna, bo w klasie nigdy nie była lubiana i tyle – Julita nachyliła się i oparła ręce o kolana. – A ciebie każdy od razu polubił i to ją boli.
Marta uniosła na nią wzrok i spotkała się z ciepłym uśmiechem koleżanki, który odwzajemniła.
- Coś sobie życzysz? Przynieść ci coś do picia? Może usiądziesz na chwilę na kanapie? – Daniel mówił drążącym głosem.
W tej chwili Marcie przypomniały się słowa Adama.
- Nie bądź taka do przodu, bo ci z tyłu zabraknie – i ten jego poważny głos...
- Daniel? Pojedziesz ze mną do szpitala?
Chłopak zaczesał jej włosy do tyłu.
- Naturalnie. A coś cię boli? – ujął w dłonie jej twarz, całą zalaną łzami.
- Tak, sumienie – po czym rozbeczała się jak dziecko. – Monika ma teraz operację, muszę tam być.
Daniel spojrzał na nią zdziwiony, po czym uśmiechnął się uspokajająco. Przytulił ją do siebie mocno. Poczuła ciepło bijące od niego. Wtuliła się w niego mocniej, gładząc go delikatnie po plecach.
- Chodź, doprowadzimy cię do porządku i pójdziemy złapać jakąś taksówkę.
Wstał i wyciągnął do niej rękę. Dziewczyna z niemrawym uśmiechem wytarła łzy z policzków i chwyciła jego dłoń.
Subskrybuj:
Posty (Atom)